Logo - Łask i Kolumna - Portal miasta Łasku i Kolumny

Artykuły - Łascy twórcy

Nowa książka Jana Fabisiaka "BRAMKARZ"
[Dodano 09.05.2007 - 12:42 przez fabjan7] [Wyśw.: 2852] [Koment.: 1]
Jesienią tego roku ukaże się nowa książka tego autora "Bramkarz". Czytelnikom naszego portalu postanowiliśmy zaprezentować trzy pierwsze rozdziały, zanim ukaże się w druku.
Jan Fabisiak

BRAMKARZ

* * * * *

Od autora

Opisane tu wydarzenia są literacką fantazją i nigdy nie miały miejsca.
Zbieżność nazwisk i wydarzeń jest całkowicie przypadkowa.
Urodziłem bohatera opowieści, osadzając go w niby realnej, wszakże wyimaginowanej reczywistości, marząc by wydarzenia, prezentowane w książce, mogły się zdarzyć. Właściwie żałuję, że się nie zdarzyły.
Losy bohatera są sportową bajką o ludzkich marzeniach i dążeniach do doskonałości: osiągnięcia sukcesu, fortuny, szczęścia.
Czy można mieć to wszystko? Albo, czy fortuna naprawdę daje szczęście? Prześledzenie losów naszego bohatera winno dać odpowiedź, co ważniejsze: miłość i przywiązanie, czy pieniądze.

Wstęp

Bywa, że zetkniemy się ze zjawiskiem, którego nie umiemy racjonalnie wytłumaczyć. Nie uwierzymy w nie dopóki sami nie przekonamy. A jeśli już uwierzymy, to i tak powątpiewamy, mimo iż zobaczyliśmy, dotknęliśmy, pomacaliśmy, powąchaliśmy, posmakowaliśmy. Choć zmysły mówią: masz dowód - jesteśmy nieufni. Empiryści. Niewierni Tomasze. Tacy już jesteśmy.
A zdarza się często, że prawdy wczorajsze, dziś okazują się nieaktualne i mylne.

* * *

Do chwili ujawnienia się nadzwyczajnych uzdolnień, albo raczej właściwości, może umiejętności pewnego młodego mężczyzny z małego miasteczka w Polsce, w dziejach światowego futbolu nie znano podobnego przypadku.
Historia wydarzyła się naprawdę, choć nie jest to takie pewne. Może tak, może nie. Są ludzie, którzy w nią wierzą, mimo iż o niej tylko słyszeli, ale naoczni świadkowie, mimo świadectwa oczu, nie są pewni, czy to, co widzieli, było rzeczywistością, czy może przyśnił się im zadziwiający sen.
Opisałem zatem losy pewnego mężczyzny, który niespodziewanie, zaskakująco i niewytłumaczalnie posiadł refleks znany wyłącznie w świecie zwierząt, niedostępny zwykłemu człowiekowi.
Dzięki zadziwiającej zmianie w systemie nerwowym stał się fenomenem na skalę światową. Poddano go naukowym badaniom w prestiżowych europejskich i światowych instytutach. Doszukując się nadprzyrodzoności badali go radiesteci, interesowali natchnieni i niestrudzeni poszukiwacze cywilizacji pozaziemskich, spece od Kosmosu, wreszcie teologowie różnych religii, sataniści i inni szarlatani. Postawiono wiele hipotez, ale nikomu spośród światowych autorytetów, również paranaukowcom nie udało się jednoznacznie odpowiedzieć: dlaczego ów człowiek jest jak inni, a jednak inny. Jedyną sensowną odpowiedzią - choć i tak wyczerpującym wyjaśnieniem nie jest - wydaje się hipoteza sugerowana przez większość uczonych: mózg człowieka jest wykorzystywany zaledwie w dziesięciu procentach. O reszcie i jego funkcjach wiadomo w zasadzie niewiele. Raczej nic.
J.Z. Young w fundamentalnym dziele „Zarys wiedzy o człowieku („An introduction to the study of man”, wydanym po raz pierwszy w 1971 roku przez Oxford University Press) wyczerpująco odniósł się między innymi do funkcjonowania ludzkiego systemu nerwowego, pracy mózgu i jego wydolności. Jednak autor nie daje jednoznacznej odpowiedzi na podstawowe kwestie, o których się naukowo wypowiada. Po przestudiowaniu dzieła dochodzimy do wniosku, że mniej o sobie wiemy niż powszechnie sądzimy.
Wiedza o sobie samym, czyli o człowieku, jest katastrofalnie nikła. Ogromne są natomiast pokłady niewiedzy, całe oceany białych plam, niezmierzona przestrzeń niewiadomego kosmosu czegoś, co określa się mianem człowiek. Mimo to, przekonani o swej wielkości i mądrości nieprzerwanie podejmujemy próby wyjaśnienia niewyjaśnialnego, czegoś, czego w danym czasie wyjaśnić się nie da. Ilu uczonych, tyle interpretacji, ilu badaczy, tyle teorii; mamy zatem szum informacyjny pogłębiający chaos, miksujący niewiedzę.
Być może, bohater tej książki przekroczył ową zaczarowaną, dziesięcioprocentową barierę wykorzystywaną przez mózg normalnego człowieka i posiadł umiejętności niedostępne innym.
Wstrząsnęły one światem, szczególnie światem piłkarskim. Co tam wstrząsnęły? Wybuchy wulkanów, trzęsienia ziemi, tsunami, wielkie pożary lasów, powodzie, wojny i związane z nimi mordy, totalne rzezie i inne kataklizmy nie zaprzątnęły tylu umysłów na kuli ziemskiej, co ujęte tu wydarzenia. Może dlatego, że kataklizmy są częstsze niż opisywany przypadek i dają się racjonalnie wytłumaczyć. Casus Roberta Zadry, przynajmniej do chwili obecnej, nie.
Dziesiątki najznaczniejszych związków i federacji sportowych wszystkich kontynentów zabiegały o pozyskanie fenomenalnego bramkarza dającego stuprocentową gwarancję osiągnięcia sukcesu, o jakim marzy każdy klub: pewnego zwycięstwa. Zarządy odbywały gorączkowe i supertajne narady, liczono pieniądze, wysyłano do naszego bohatera emisariuszy, szpiegów, naganiaczy, obserwatorów. Wszystko po to, by proponując astronomiczne kwoty pozyskać ów fenomen dla siebie.
Do gry podpięli się, oczywiście, również politycy różnych maści, upatrując poprawy notowań, oczyszczenia i poprawienia nadszarpniętych wizerunków, zwiększenia popularności, pozytywnego zaistnienia w społecznej świadomości przez znajomość i publiczne pokazywanie w mediach ze wspaniałym sportowcem.
Nie szczędzono mu obietnic bogactw, stanowisk, roztaczano bajkowe perspektywy kariery. Stosowano wszystkie możliwe chwyty: od pieniędzy począwszy przez podstawianie najpiękniejszych kobiet, zapraszanie na prestiżowe imprezy propagandowe, aż po wulgarny szantaż włącznie.
Nie zasypiali gruszek w popiele bookmacherzy różnych maści, spece od totalizatorów, hazardziści, handlarze meczów, mistrzowie korupcji, rzeczywiści władcy, właściwie właściciele sportu i sportowców. Oni też zapragnęli wziąć go w posiadanie, przeciągnąć na swoją stronę, wziąć na smycz. Obiecując ogromne fortuny marzyli, by stał się instrumentem w ich grze o pieniądze. Okazali się najgroźniejsi. Udowodnili, że nie wolno bezkarnie przeciwstawiać się bożkowi zwanemu Mamoną, nawet, jeśli się jest bohaterem i geniuszem, jakiego nie znała ludzkość.
Jest to więc historia o pewnym człowieku z małego miasta, który przypadkowo i nieoczekiwanie stał się bramkarzem, jednocześnie nim nie będąc. Był na ustach wszystkich możnych, nie tylko futbolowego świata, a pragnął zacisza, oddalenia od kamer paparazzi i spokoju. Od czasu bowiem, gdy dowiedziano się o jego fenomenie skończyła się sielanka małomiasteczkowego urzędnika, byłego bezrobotnego, a zaczęła niezwykle jasnej gwiazdy światowej piłki nożnej.
W Anglii, Rosji, Hiszpanii, Włoszech, Niemczech, Turcji, Brazylii, Japonii, Chinach, Argentynie, Meksyku, Szwajcarii, krajach Afryki, w przebogatych, petrodolarowych krajach arabskich i wielu innych szukano na mapach punkciku o nazwie Łask, małego miasteczka w centrum kraju, brzmiącego dla wielu egzotycznie - Polska.

* * *

Zatem wyjątkowy bramkarz, o nim jest ta niesamowita historia. jednak nie tylko o jego nadprzyrodzonej, fenomenalnej właściwości.
Tak naprawdę, jest balladą o wierności i miłości, o szlachetności ludzkiego charakteru, a jednocześnie o jego brudnych stronach. Wydarzenia sportowe są pretekstem jedynie do odkrywania prawdy tkwiącej w dwoistości ludzkiej natury, niezwykle prosto podzielonej: na dobro i zło; owe 10 wiadomych procent i tych 90 - nieznanych, nieobliczalnie kierujących ludzkim życiem, o których pisze lodowato i uczenie J.Z. Young.
Chciałbym, marzę, aby każdy Czytelnik po przeczytaniu „Bramkarza”, przy okazji oczywiście, zreflektował się i zastanowił nad sobą. Wiem, jak różne będą reakcje: od skrajności, po skrajność. Ale po to opisałem losy tego mężczyzny, by jedni nazwali go durniem, inni zaś - pięknym umysłem. Pamiętajmy wszakże, taką opinię wystawiamy, jacy sami jesteśmy.
I tak to już jest...

Prolog

Przy okazji niejako, również innym bramkarzom, poświęcona jest książka; sportowcom wyjątkowym, pierwszoplanowym aktorom widowisk zwanych piłkarskimi meczami. W gruncie rzeczy oni, nie strzelcy bramek, dostarczają kibicom największych emocji, malują adrenaliną kolory na policzkach.
Niesprawiedliwość w ocenie popularności polega na tym, że przeważnie zapamiętujemy strzelca, natomiast bramkarza tylko wtedy, gdy w wyjątkowej sytuacji nie wpuścił gola lub popełnił błąd, przechowywany w kibicowym sercu i pamięci przez całe lata. Choć tego się otwarcie nie mówi, bramkarze są jakby piłkarzami drugiej, pośledniejszej wśród piłkarzy kategorii pierwszej.
Ocena, mimo iż obiegowa, jest niesprawiedliwie mylna. Bezdyskusyjnie najważniejszym człowiekiem na boisku piłkarskim, i bez wątpienia, jest bramkarz. To jego na ramionach poniosą do szatni koledzy z drużyny, gdy nie wpuści gola; nie napastnika, który gola strzeli.
Obiegowym i pokutującym do dziś poglądem jest, że bramkarz wpuszczający bramkę nie popełnia błędu, błąd popełnia wyłącznie strzelec. Pogląd ów usprawiedliwia i rozgrzesza niejako bramkarza, stawiając wszakże na pozycji straceńczej.
Fascynacja kibica polega na oczekiwaniu pokonania bramkarza, dlatego na ogół nie lubi się spotkań bezbramkowych. Im więcej goli, tym lepiej. Im więcej razy piłka zatrzepoce w siatce, tym ciekawiej.
Najbardziej rasowy i sławny piłkarz, nie zdobywszy bramki w stuprocentowej sytuacji, nie ulegnie tak silnemu stresowi, jak bramkarz popełniający błąd. I nieważne: zawiniony, czy nie. Stadion widzi, trybuny mają miliony oczu i mózgów. Zanotują wszystko, szczególnie omyłkę golkipera. Błąd napastnika kibic tłumaczy tak: no, tym razem mu nie wyszło. Jeśli w następnym meczu strzeli bramkę, stara plama zostaje zmyta, wymazana, jest mu odpuszczone, wybaczone i rozgrzeszone.
Wielu wspaniałych bramkarzy po nieudanych meczach, załamywało się psychicznie. Wykończeni nerwowo krytycznymi docinkami zjadliwych dziennikarzy, ciętymi uwagami trenerów i selekcjonerów, nieprzyjaznymi pokrzykiwaniami rozgorączkowanych trybun usiłowało kończyć karierę. Spalali się w okamgnieniu, bo płoną dziesięciokrotnie szybciej niż każdy inny zawodnik; dlatego być może więcej jest genialnych napastników, niż genialnych bramkarzy.
Stres po nieudanym występie niszczy człowieka, miażdży odporność, wysysa wolę walki, spycha w przepaść rozpaczy, zatapia w bagnie desperacji, wyciska łzy, łamie charaktery, anihiluje.
Po przegranym meczu, sobie przypisując winę, do szatni schodzi pół człowieka z opuszczonymi oczami i ramionami. Półtora nieszczęścia, gotowe upić się, zażyć truciznę, narkotyk, rzucić pod pociąg, a przede wszystkim zaszyć w ciemnym kącie i płakać rozpamiętując, co byłoby, gdyby...
Miliony fanów futbolu na świecie z zapartym tchem śledzi na stadionach, albo na telewizyjnych ekranach, zmagania dwudziestu dwóch atletów ganiających po zielonej murawie za jedną piłką, usiłujących za wszelką cenę wbić ją w prostokąt o wymiarach 7.24 na 2.44 metra.
Zadanie nie jest łatwe, ponieważ czasu na oddanie celnego strzału jest niezwykle mało, a obrońcy zaciekle i z pełną determinacją przeszkadzają napastnikowi. Ponadto stoi w niej golkiper, torwart, wrater, portiere, keper, portero, kaleci, mállmand, kapus, golman, mállvakt, malmann, goalkeper, czyli po prostu - bramkarz. Od talentu, refleksu oraz doświadczenia łapacza piłek wiele zależy. Nieraz, a przeważnie wszystko.
Jest sporo przykładów potwierdzających dowód, że umiejętności bramkarza wielokrotnie decydowały o zwycięstwie drużyny. Wiele też razy - na własne oczy widział to każdy kibic - byle jaki golkiper wpuszczający „szmatę” za bramkową linię doprowadzał do rozpaczy zawodników swego teamu, a wiernych fanów do omdleń i zawałów. Fajtłapstwa kibice nie darują nikomu, pamiętając do końca swego kibicowego życia. Ale też nie zapominają wspaniałych wyłapań, zdawałoby się nie do obrony strzałów, zaliczanych potem do futbolowych cudów, opowiadanych przez całe pokolenia synom i wnukom.
Żaden rasowy polski kibic nie zapomni fantastycznych robinsonad Jana Tomaszewskiego, broniącego polskiej bramki w sławnym meczu eliminacyjnym do mistrzostw świata na stadionie Wembley w Londynie. Do dziś patetycznie i wzniośle mówi się o nim w środowisku piłkarskim: „Człowiek, który zatrzymał Anglię”.
Egzaltowani kibice skłonni są do wiary w cuda i chętnie dają wiarę czarodziejskim opowiastkom. Z lubością będą je powtarzać, aż w ten cud uwierzą. Empiryści zaś stwierdzą, że tylko talent i umiejętne oraz wytrwałe szlifowanie go jest podstawą sukcesów.
Gdy ówczesnemu, wybitnemu trenerowi reprezentacji Polski, Kazimierzowi Górskiemu, jeden z natchnionych dziennikarzy powiedział: „Byliśmy świadkami cudu, panie Kazimierzu, ów odrzekł - „Mni si wydaji”, że raczej widzieliśmy niezwykłe umiejętności doświadczonego i utalentowanego sportowca. Cudów nie ma, panie redaktorze. Mistrzem, czyni człowieka w dwudziestu procentach talent i w osiemdziesięciu - praca, praca, praca, trening, trening, trening. Tak jest przeważnie, tak jest normalnie, tak nas uczy praktyka życia.”
Do dziś odżywają wśród fachowców polemiki: kto był najlepszym bramkarzem wszechczasów: Hiszpan - Ricardo Zamorra, Czech - František Planička, Rosjanin - Lew Jaszyn, Meksykanin - Antonio Carbajal, Urugwajczyk - Władysław Mazurkiewicz? A może Polak - Jan Tomaszewski, Anglik - Gordon Banks, Brazylijczyk - Gilmar dos Santos Neves, Niemcy: Sepp Maier i Oliver Kahn, Duńczyk Peter Schmeichel, Polacy - Jerzy Dudek czy Artur Boruc, a może Hiszpan Iker Casillas, Kolumbijczyk Oscar Eduardo Cordoba, Francuz Fabien Barthez, Brazylijczyk Nelson de Jesus Silva znany jako Dida, Włoch Gianluigi Buffon, a może Czech - Peter Čech?
Plejada wspaniałych najlepiej dowodzi jak trudno jest dokonać obiektywnej oceny, bo każdy z wymienionych sportowców miał swoje dni chwały, ale również porażek, których zapewne nie chciałby pamiętać. Gwiazdozbiór fantastycznych bramkarzy w historii piłkarstwa jest duży; z każdym nazwiskiem wiąże się, jeśli nie legenda, to jakieś niecodzienne, wspaniałe wydarzenie.
Kibice całego świata pamiętają Włocha Combi, Austriaka Platzera, Brazylijczyków - Viktora i Felixa, Argentyńczyka - Ubaldo Matildo Fillola, Włocha - Dino Zoffa - bramkarza rekordzistę, spokojnego i zrównoważonego, a jednocześnie bardzo błyskotliwego. Sto dziesięć razy bronił włoskich barw w reprezentacji narodowej, ustanawiając europejski rekord nie wpuszczenia piłki przez kolejnych dwanaście meczów. Lepszy i nie pobity dotychczas wynik jest w posiadaniu Victorio z Rio Branco, który podczas kolejnych siedemnastu meczów nie dał sobie strzelić gola przez 1604 minuty.
Z bramkarzami, jak z innymi sportowcami, jest podobnie: są bohaterami jednego meczu, jednorazowego, ale wstrząsającego wydarzenia; bohaterami zawodów, np. królami mistrzostwach piłkarskich. Pamiętamy sportowców sezonu, wybiera się sportowców roku, dziesięcioleci, stulecia.
Są wreszcie diamenty, supertalenty, geniusze, niedościgłe wzory. Tych kochamy, uwielbiamy najbardziej i pamiętamy najdłużej. O nich się nie zapomina.
Dziennikarze używają najlepszych atramentów do napisania o nich panegirycznych, pełnych zachwytu artykułów, pisarze kują złotymi zgłoskami najpiękniejsze przymiotniki, filmowcy tworzą natchnione, wiekopomne dzieła, kompozytorzy zapełniają pięciolinie partytur słonecznymi dźwiękami. Wszystko dla nich: geniuszy, kamieni szlachetnych rzadko spotykanych, dlatego drogocennych.

* * *

Życie, jakie znamy, jest w zasadzie poznawalne, zmierzalne, z grubsza przewidywalne. Przynajmniej tak się nam wydaje.
Sepp Harberger, były trener reprezentacji Niemiec, powiedział kiedyś dziennikarzom, że najpiękniejsza w piłce nożnej jest niewiadoma: jakim wynikiem skończy się mecz.
Istotnie, czy zadalibyśmy sobie trud obejrzenia widowiska lub emocjonowalibyśmy się jakimikolwiek zawodami, gdybyśmy z góry znali wynik, wiedzieli, kto będzie zwycięzcą?
A jednak może być inaczej.

Usunąć kłopot

Olimpijski stadion w Monachium, wypełniony po brzegi, buczał przedmeczowymi emocjami. Rozpoczynał się kolejny piknik kibiców Bayernu. Zagorzali fani przystrojeni klubowymi barwami w oczekiwaniu na widowisko wprowadzali się w stan euforii głośnym śpiewem, skandowaniem haseł podgrzewającym do boju ich pupilów, przerywanych tęgimi haustami piwa, trenowaniem tzw. „fali”.
Hans Feuerberg, wieloletni członek fanklubu i jego dwie córki przyjechali na mecz z odległego o przeszło 250 kilometrów Würzburga. Bayern był ich ukochanym klubem, i mimo iż do Frankfurtu nad Menem było znacznie bliżej, a miejscowy Eintracht plasował się w czołówce klubów Bundesligi, ciągnęło go do Monachium, dlatego że urodził się niedaleko stąd, w Oberandorf, prawie na peryferiach metropolii.
Córki, Helga i Loretta, podobnie jak ojciec uwielbiały piłkę nożną i nieodłącznie towarzyszyły mu w sportowych eskapadach do stolicy Bawarii. Gdyby nie czerwono-białe farby w barwach klubu pokrywające policzki panienek, dostrzeglibyśmy adrenalinowe rumieńce emocji wywołane przedmeczowym podnieceniem.
Mecz zapowiadał się interesująco dla Feuerberga przynajmniej z dwóch powodów: rywalem jego ulubieńców był królewski klub z Madrytu „Real”, naszpikowany gwiazdami piłkarskiego kunsztu, najdroższymi piłkarzami świata jak choćby Zinedine Zidane, Ronaldo czy David Beckham.
Drugim intrygującym powodem miał być występ nieznanego nikomu dotąd bramkarza Polaka, Roberta Zadry. Zamiast bramkarskiego pojedynku Iker Cassilas - Oliver Kahn po przeciwnej stronie Hiszpana stanąć miał nikomu bliżej nieznany sportowiec, o którym enigmatycznie donosiła prasa, że jest ponoć rewelacyjny.
Czego nie wiedział kibic Hans Feuerberg, wiedziała doskonale pewna grupa ludzi, dla których nowy bramkarz Bayernu okazał się człowiekiem niebezpiecznym, i to do tego stopnia, że podjęto decyzję bardzo radykalną. Nazwano ją „Usunąć kłopot”.

* * *

Richard Sorcerer otworzył futerał. Z lubością opłynął pieszczącym spojrzeniem jego zawartość. Był miłośnikiem broni. Ciemno połyskujący, oksydowany metal rozłożonego na części karabinka wprowadzał go w stan uspokojenia, niemal błogości. W ciemnozielonym, miękkim suknie spoczywał wyjątkowo precyzyjny, wykonany przez arcymistrza sztuki rusznikarskiej z Auxerre, Armanda Solisverre, dalekonośny karabin zapewniający skuteczność strzału na odległość jednego kilometra; niezwykle celny, jako że wyposażony w doskonałą lunetę z laserowym dalmierzem i przyrządem celowniczym. W rękach takiego specjalisty jak Sorcerer była to broń niezawodnie skuteczna i niezwykle groźna. Za kilkanaście minut miała być użyta do wykonania zlecenia złożonego Sorcererowi przez korporację „International Society TOTO”. Powoli, bez zbytniego pośpiechu, począł wyjmować poszczególne elementy karabinu i składać w śmiercionośną całość.

* * *

Sorcerer znany był w międzynarodowym środowisku zbieraczy antyków jako niekwestionowany autorytet w dziedzinie strzeleckiej broni ręcznej, jej miłośnik a jednocześnie posiadacz jednego z najbogatszych zbiorów.
Miał obywatelstwo belgijskie, ale z pochodzenia był Etiopczykiem, ze szczepu Amhara. Jego ojciec - Gebrewold Abede - był wysokim i wpływowym notablem na dworze cesarza Hajlego Sellasje w Addis Abebie. Po puczu wojskowym dokonanym przez oficerów IV Dywizji Dergu, pod wodzą kapitana Hajle-Mariama Mengistu, cesarstwo w 1974 roku upadło, a cesarza zdetronizowano. W obawie przed aresztowaniem i konfiskatą majątku Abede z całą rodziną emigrował do Belgii. Wybrał ten kraj, ponieważ w tutejszych bankach zawczasu przezornie lokował pieniądze, gromadząc na kontach ogromny majątek.
Synowi zmienił nazwisko na Gebre-Richard Sorcerer i udostępnił bankowe konta, ten zaś skwapliwie z nich korzystał, lokując ojcowskie pieniądze w ukochane hobby, zbieractwo militariów.
Setki karabinków, karabinów, strzelb, pistoletów, rewolwerów, samopałów, muszkietów, arkebuzów, krócic, szturmaków, hakownic, pufferów, petrynałów, bandoletów, garłaczy, sztucerów, broni myśliwskiej dwu-, trzy- i wielorurowej, broni skałkowej, kapiszonowej i odpalanej lontami z różnych epok historycznych spoczywało w oszklonych gablotach, ozdabiało ściany pokojów jego luksusowego domu przy Rue de Midi w Brukseli. Sąsiedzi i znajomi z okolicy lubili w średnim wieku pana, zawsze eleganckiego, o łagodnym spojrzeniu i ujmującym uśmiechu.
O jego przyjaźń i sympatię zabiegali dyrektorzy najbardziej znanych muzeów świata, gromadzący dobra kultury związane z dziejami militariów, a szczególnie oręża. Wspaniałe zbiory Sorcerera gościły nie tylko w muzeach specjalistycznych, jak na przykład Muzeum Wojska Polskiego w Warszawie; proszony o udostępnianie kolekcji na okolicznościowe wystawy prawie nigdy nie odmawiał. Przeciwnie, chętnie i spolegliwie wyrażał zgodę, oczywiście za stosownie wysoką opłatą. Oglądali ją więc bywalcy British Muzeum w Londynie, Museo Nationale w Neapolu, paryskiego Luwru, Kunsthistorisches Museum w Wiedniu, Museo del Prado w Madrycie, Galerii Drezdeńskiej, sankt petersburskiego Ermitażu, Museum of Art w Nowym Jorku, oraz najczęściej - Królewskiego Muzeum Sztuki i Historii (Musées Royaux d‘Art et d‘Histoire) w Brukseli.
Sorcerer chętnie też zapraszał do siebie sąsiadów, znajomych i przyjaciół ze swadą i wielką znajomością rzeczy rozprawiając o kolekcji. Był lubiany, a jowialnością i łagodnością łatwo zyskiwał sympatię rozmówców. Z oratorskim zacięciem i znajomością tematu potrafił zaciekawić słuchaczy, choćby opowiadaniem o grajcarze, czyli rodzaju korkociągu i jego charakterystycznej konstrukcji, służącym do wyjmowania z lufy nie wystrzelonego ładunku z wersalskiego sztucera kawaleryjskiego, używanego przez wojska Napoleona Bonaparte.

* * *

Starannie i bez pośpiechu złożywszy broń Sorcerer spojrzał na płytę boiska. Orkiestra dęta właśnie kończyła popis. Tamburmajor prestidigitatorskimi podrzutami buławą, furkocącą w powietrzu migotliwe młynki, dyrygował muzykami. Sprężyście i elegancją, dobrze wytrenowanym krokiem, opuszczali właśnie murawę stadionu w rytm marsza Radetzky‘ego. Dwie grupy kolorowych czirliderek, w okolicach bramek z wdziękiem zabawiały widownię, tańcząc i potrząsając migotliwie barwnymi kulami wstążek i tasiemek.
Rozejrzał się dokładnie po pomieszczeniu. Był to jeden z kilkudziesięciu pokojów dla dziennikarzy obsługujących imprezy sportowe. Pokazując fałszywą legitymacje prasową Agencji France Football i wręczając sto euro łapówki jednemu z pracowników administracji, bez kłopotu dostał klucze do służbowego pokoju.
Przysunął do okna mały stoliczek i delikatnie położył na nim karabinek. Z dwóch krzesełek i fotela ułożył zmyślną piramidę. Oparłszy na niej lufę spojrzał przez celownik na bramkę po prawej stronie boiska. Uśmiechnął się, bo w wizjerze zamigotały doskonale widoczne kształtne uda tancerek. Przez chwilę przypatrywał się apetycznym ciałom i erotycznym ruchom dziewczęcych bioder. Z głębokim westchnieniem i niechęcią przeniósł obraz na bramkę. Widoczność była doskonała, dokładnie widział oczka siatki, a nawet zadrapania na słupkach. Skierował celownik na lewą stronę boiska. Z zadowoleniem stwierdził, że jakość obrazu w wizjerze jest równie wyśmienita.
Umocowawszy tłumik, odłożył broń, usiadł w fotelu i zapalił papierosa. Miał jeszcze kilkanaście minut czasu. Zamyślił się, wracając wspomnieniami do rautu wydanego przez francuskiego księcia Alberta de Vigny, w jego posiadłości na południowym krańcu górskiego łańcucha Wogezów.

* * *

Malowniczo położony zamek, a właściwie bastion, patrzył w dolinę Bramy Burgundzkiej, gdzie przycupnęło, widoczne podczas dobrej pogody, miasto Belfort. Spoglądając na północ z obronnej baszty Sorcerer i inni goście mieli okazję podziwiać najwyższy szczyt pasma Wogezów, Ballon de Guebwiller. Średniowieczna twierdza skutecznie broniła najeźdźcom, przez setki lat, dostępu do żyznych nizin Burgundii, krainy zielonych winnic, piwnic pełnych dębowych beczek, brzemiennych od wspaniałych, burgundzkich win.
Strzelnicze otwory murów obronnych sokolim wzrokiem spoglądały czujnie w dolinę, wypatrując niepożądanych agresorów. „Sokole gniazdo de Vigny”, mimo iż wielokrotnie atakowane i oblegane, nigdy nie zostało zdobyte. Książę Albert de Vigny poprosił Sorcerera o zaprezentowanie kolekcji, z okazji przyjęcia organizowanego na cześć osiągnięcia pełnoletniości jego ukochanego wnuka, Michaela. Cierpiący na chroniczny brak pieniędzy zbieracz ochoczo przyjął zaproszenie. Sowite wynagrodzenie, zaproponowane przez księcia było tak zachęcające, że nie wahał się ani przez moment. Zarówno klimat średniowiecznej twierdzy, jego tajemniczość, wystawność gospodarzy i imprezy towarzyszące nasycały wydarzenie niecodziennością i wyjątkowością. A już skład zaproszonych gości mógł budzić respekt i podziw.
Sorcerer miał wyjątkową okazję przyjrzeć się nie tylko europejskiej, ale światowej elicie: książęcych i królewskich rodów, polityki, finansjery, właścicielom latyfundiów, szefom największych światowych koncernów medialnych, przemysłowo-paliwowo-energetycznych i innych. Mozaika bogactwa i przepychu. Nienagannie skrojone fraki i smokingi panów, kreacje pań kapiące szmaragdami, perłami, migocące drogocennymi brylantami. Królowie potężnych korporacji finansowych ocierali się o szejków urodzonych na petrodolarach, posiadaczy diamento- i złotonośnych pól, premierów, ministrów najbo-gatszych państw świata, a także postaci, o których niewiele dałoby się dowiedzieć ze względu na otaczającą ich tajemniczość, szczególnie, co do źródeł uzyskanych pieniędzy.
Kolekcja Sorcerera, eksponowana w sali rycerskiej, wzbudzała szczere zainteresowanie i niekłamany podziw gości, osobliwie męskiej części towarzyskiej socjety. On zaś, skwapliwie i wielką swadą, dzielił się z zainteresowanymi przeogromną wiedzą. Z dumą prezentował strzeleckie perły kolekcji, wplatając liczne dykteryjki, anegdoty i opowieści związane z losami poszczególnych eksponatów. Właściwie po raz pierwszy tak otwarcie i bezpośrednio obdarzono go dziesiątkami komplementów, nic zatem dziwnego, że rozpierała go satysfakcja i radość.
Wielu gości okazało się niezłymi znawcami broni. Szczególnie zainteresował się kolekcją premier Włoch, Silvio Berlusconi. Ku wielkiemu zadowoleniu Sorcerera premier jowialnie i przyjaźnie wyjawił, że kolekcjonuje nie tylko figurki Napoleona Buonaparte, co jest przedmiotem kpin jego wrogów, ale ma również „co prawda, nie tak bogaty jak pana, zbiór militariów”. Z ogromną uwagą i wielkim skupieniem premier wysłuchał opisu przepięknie wykonanego garłacza skałkowego z 1720 roku, pochodzącego z włoskiej ludwisarni Lazarino Caminazzo. W pewnym momencie, opływając dłonią wysta-wę, zagadnął:
- Signore, czy prezentowana tu broń jest sprawna? To znaczy, czy można z niej strzelać?
- Ależ oczywiście, panie premierze - żachnął się Sorcerer. - Wszystkie eksponaty są sprawne. Wystarczy je załadować. Jeśli miałby pan ochotę, a gospodarz wyrazi zgodę, można je wypróbować, przy czym lepiej do prób nadają się bardziej współczesne karabiny, choćby dlatego, że są prostsze w obsłudze - wskazał na Manlichery ustawione w trójnóg - niż, na przykład, osiemnastowieczny garłacz, którym się pan tak zachwycił.
Książę de Vigny ochoczo przystał na propozycję, bo niespodziewanie uatrakcyjniała przyjęcie i już wkrótce większa część gości udała się na obszerny dziedziniec doskonale nadający się do strzeleckich prób.
Dla uczczenia pomysłodawcy zabawy Sorcerer zaproponował strzelanie z włoskiego karabinu Mannlichera-Carcano, wzór 1891, ostatecznie jednak zdecydowano się na próby nowszego modelu Mannlichera wzór 1907, podstawowej broni piechoty z czasów pierwszej wojny światowej. Był to wspaniały i sprawny okaz o pięcionabojowym magazynku, skatalogowany jako francuski model Berthier.
Służba przyniosła obitą purpurowym safianem sofę, Sorcerer uznał, że ten sposób strzelania będzie bezpieczniejszy i wygodniejszy, szczególnie dla pań, nienawykłych do dźwigania ciężkiego przecież karabinu. Ustawiono ją w odległości około trzydziestu kroków od wiekowego platana rosnącego na drugim krańcu dziedzińca. Przez jedną z gałęzi przewieszono sznurki, do których przymocowano butelki po wypitych burgundach i innych trunkach.
Strzelanie, szczególnie przez amatorów, zawsze niesie ryzyko niebezpieczeństwa, dlatego Sorcerer ustalił coś w rodzaju regulaminu. Osoba poddająca się próbie podchodziła do sofy, na której spoczywała broń i kładła się na niej. Sorcerer podawał strzelcowi nie nabity karabin, instruując jak się nim ma posługiwać, gdzie jest muszka, gdzie szczerbinka i w jaki sposób korzystając z nich, mierzyć do celu.
- Lewą ręką proszę chwycić łoże karabinu w miejscu żłobów chwytowych - fachowo pouczał. - Stalowy trzewik stopy kolby mocno przyciągnąć do ramienia, bo odrzut przy strzale może uderzyć jak końskie kopyto. Prawą dłonią proszę ująć kabłąk spustowy, a palcem wskazującym dotknąć języka spustowego. Można go pociągnąć dopiero po zgraniu przyrządów celowniczych nakierowanych na cel.
Upewniwszy się, że adept rozumie polecenia i prawidłowo je wykonuje, Sorcerer ładował 8-milimetrowy nabój do lufy. Huk wystrzału grzmiał zwielokrotnionym echem, odbijanym o średniowieczne mury.
Chętnych było wielu, nawet kilka pań zapaliło się do pomysłu sprawdzenia umiejętności strzeleckich. Markiza, Stefania Saint Exuterry, pierwsza ułożyła się na sofie. Ku zdumieniu obserwatorów cel roztrzaskał się na tysiąc szklanych okruchów, ale zbiegł się z głośnym okrzykiem bólu markizy. Silny odrzut, niezbyt szczelnie przyłożonej kolby do barku, wstrząsnął kobietą. Nie uszkodził kości, jednak w miejscu uderzenia wykwitła fioletowa plama siniaka. Po przykrym doświadczeniu markizy obserwujące zajście panie zrezygnowały w obawie przed podobną kontuzją.
Oczywiście, przypadek markizy nie zniechęcił męskiej części towarzystwa, raczej zachęcił. Męska natura musi udowodnić kobietom i zademonstrować zręczność, siłę i odwagę. Być stuprocentowym mężczyzną jest największym pragnieniem brzydszej połowy, znaleźć w kobiecych oczach błysk uwielbienia, zachwytu i oddania z tego powodu u piękniejszej części ludzkości.
Tym razem próba udowodnienia męskości nie była łatwa, trzeba było trafić, nie tylko wystrzelić pocisk. Na zachwyt i oklaski liczyć mogli wyłącznie strzelcy trafiający w cel. Oni odbierali gratulacje i pochwały. Pudłujących, oczekiwało jedynie głębokie westchnienie zawodu „oooch”, ale nie było w tym „oooch” współczucia.
Książę Giovanni Agnelli, sięgający prawie osiemdziesiątki, ale wciąż dziarski i żywotny, honorowy prezes koncernu samochodowego „FIAT”, udowodnił męskość roztrzaskując butelkę, choć taki dowód nie był mu specjalnie potrzebny. Gdy był nieco młodszy romansował z powodzeniem z pięknościami lat 50. i 60. Ritą Hayworth, Pamelą Churchil Harriman, Anitą Ekberg i dziesiątkami innych, równie uroczych i sławnych kobiet.
Wspomniany premier Berlusconi okazał się równie wytrawnym strzelcem. Najszybciej złożył się do strzału następca duńskiego tronu książę Edvard, udowadniając, że nie tylko szaleńcza jazda Lamborghini Gallardo jest jego specjalnością. On jeden, równie szybko, został wynagrodzony całusem przez uroczą Paige Morgan, studiującą z nim na jednej uczelni w Uniwersytecie Wisconsin, w ostatnim czasie nieodłączną towarzyszkę.
Jednymi z ostatnich strzelców byli dwaj najmłodsi uczestnicy rautu: osiemnastoletni solenizant, hrabia Michael de Vigny i książę William, syn księcia Karola i księżnej Diany, następca brytyjskiego tronu, starszy o cztery lata od solenizanta. Okazali się wyborowymi strzelcami, trafili w cel udowadniając, że dzisiejsza, arystokratyczna młodzież wiele potrafi. Nawet najprzedniejsza zabawa ma swój kres. Ta skończyła się, bo po prostu brakło amunicji. Sorcerer zabrał z sobą pięć egzemplarzy Mannlicherów z pełnymi magazynkami, dysponował zatem tylko 25 nabojami.
Ostatnim strzelcem był sekretarz obrony USA Donald Rumsfeld. On jeden, jak na kowboja przystało, strzelał z biodra, a nie pozycji leżącej. Trafił.
Liczna jeszcze grupa chętnych, z rozczarowaniem dowiedziała się o braku amunicji. Byli niepocieszeni. - Mam jeszcze jeden nabój w innym karabinku, Manlicherze Carcano - tłumaczył wystawca - więc przeprowadźcie państwo losowanie.
Natychmiast powstał spór o metodę losowania, szybko jednak zakończony propozycją pana Rumsfelda, by ostatni strzał należał do Sorcerera, pomysłodawcy zabawy i właściciela kolekcji. Sugestię sekretarza obrony USA przyklaśnięto jednogłośnie.
Sorcerer nastroszył się. Zaświtało mu podejrzenie skompromitowania go w oczach znakomitej publiczności, wszak minister obrony strzelał celnie, popisując się kowbojską zręcznością. Wzbudził niekłamany podziw nawet wśród trafiająych i jak dotąd dzierżył strzelecką palmę pierwszeństwa.
Czego jednak nie wiedział Rumsfeld, pewien był Sorcerer.
- Zgoda - zdecydował z dziwnym błyskiem w oczach. - Czy ktoś z państwa ma średniej wielkości monetę?
Panie pierwsze sięgnęły do torebek. - Proszę panie Sorcerer - hrabina Leonia Marschais wręczyła kolekcjonerowi 5 euro, dwuczęściowy pieniądz ze złotym serduszkiem w środku, wzorowany na pięciusetlirowej monecie włoskiej.
- Poproszę pana - Sorcerer zwrócił się do następcy albionowego tronu, księcia Williama, aby stanął pan w odległości 15 kroków i podrzucił ją do góry.
Świadkowie wydarzenia oniemieli. Widzieli i słyszeli wyraźnie uderzenie pocisku w pieniądz, ale cóż to, siła uderzenia nie wyrzuciła go w przestrzeń. W niebo poleciał wybity z monety środek, ta zaś opadła wprost pod stopy rzucającego. Rozległy się spontaniczne okrzyki owacji, zachwytu i oklaski. Pospieszono z gratulacjami, nie szczędząc wyrazów podziwu dla strzeleckiego talentu.
- Beautyful - Ramsfeld z niekłamanym podziwem uścisnął dłoń strzelca.
Uważnie oglądając otwór w pieniądzu dwaj dżentelmeni spojrzeli po sobie. Uśmiechnęli się, bo pomyśleli o tym samym.
- Nie sądzisz, że ten facet byłby nam bardzo przydatny? - wypowiedzieli niemal równocześnie. Takiego szukamy.

* * *

Wieczorem, podczas oficjalnego balu, podeszli do siedzącego samotnie Sorcerera.
- Gratulujemy panu sokolego oka i pewnej ręki. Doprawdy zaimponował nam pan. Spektakl, którym nas pan zaepatował ogląda się wyłącznie na filmach kowbojskich. Nie przypuszczaliśmy, że tkwi w panu nieprawdopodobny talent. Czy zechciałby pan spotkać się za kilka dni? Mamy ciekawą i, sądzimy, intratną propozycję.
Sorcerer chętnie przystał na spotkanie, sądząc że zapewne chodzi o organizację kolejnej wystawy jego militariów. - Znów zarobimy pieniążki - uśmiechnął się do trzymanej w dłoni wizytówki, na której widniało: mr David Guzman, International Society TOTO, New York, E 59th Street, numery telefonów i adres mailowy poczty elektronicznej.
c.d.n.

» Powrót


Komentarze [1]:

[Dodano 17.08.2008 - 21:58 przez ewa877]
Gratuluję,oby tak dalej.Pozdrawiam-Ewa z Głowna.

Dodaj komentarz:

Aby dodać komentarz, musisz być zalogowany.

Strona główna | Aktualności | Drażliwe tematy | Galeria Foto | Historia | Kultura | Porady kulinarne | Porady medyczne | Przegląd prasy | Sport | Wideo | Wywiady | Łascy twórcy | A.P.A.J.T.E. | Humor | Linki | Kontakt

Odwiedziło nas 323261 internautów od 5 maja 2007

Kufersklep.pl - vintage, secondhand, odzież | Serwer Diablo 2 | Samex - krajarki, noże pionowe, noże tarczowe, noże taśmowe, noże krojcze, stoły krojcze, lagowarki, odkrawacze