| [Dodano 16.10.2007 - 00:26 przez fabjan7] [Wyśw.: 2775] [Koment.: 0] | |
| Nie wolno zapomnieć... O Łaskowiance, która przeżyła piekło. Jeden z rozdziałów książki "Przestrzeń i czas" Jana Fabisiaka. | |
36289
Czas zaciera groźbę lat wojny. Pokolenie znające ją tylko z opowiadań rodziców czy dziadków nie jest w stanie wyobrazić sobie okrucieństwa i poniżania godności człowieka przez drugiego człowieka. Przypomnienie tego okresu przytłaczać winno sumienie katów, zaś spadkobiercy gehenny sponiewieranych, pozbawionych godności ludzi mają obowiązek nigdy go nie zapomnieć.
Krzyk ludzi zamienionych w popiół czas niesie do dziś. Uciec jednak od niego niepodobna. Na tablicy oświęcimskiego obozu zagłady napisano: „Ne vous détournez pas avec horreur. Nous avons passé par cela. Il ne vous reste qu’a tirer des conclusions” (Nie odwracajcie się ze wstrętem. Myśmy to przeżyli. Wam pozostaje wyciągnąć wnioski).
Pani Wacława Krupska, mieszkanka Łasku, koleżanka mojej kochanej mamy, powiedziała tak: „Kto nie był w obozie, nie zrozumie”. Podobnie powiedziała pisarka, więźniarka Oświęcimia - Seweryna Szmaglewska - w książce „Dymy nad Birkenau”. Nie zrozumie ten, kto nie widział cieni pełzających przy kuchennym śmietniku. To nie szczury. To ludzie. Więźniowie obozu. Wstają wcześniej od innych, przed pierwszymi gwizdkami na pobudkę. Skracają krótką, obozową noc. Chcą za wszelką cenę przedłużyć życie.
W śmietniku zawsze się coś znajdzie: parę nadpsutych ziemniaków albo kawałek zgniłej brukwi. Pusty żołądek, przyschnięty do kręgosłupa domaga się jedzenia, ssie i wibruje głodem, wkręca się do mózgu natrętnym wołaniem - jeść, jeść! Napełnienie go śmietnikowym odpadem to pewny, wykończający słaby organizm tyfus albo biegunka, po niemieckoobozowemu - durfchal. Jednak potężny głód zwycięży każdy strach, nawet niebezpieczeństwo utraty zdrowia i śmierć. Cienie podejmują ryzyko, choć częściej zamiast szczęścia znalezienia brukwi kij esesmana zakołacze na ciemieniu, spadnie na grzbiet.
Wacława Krupska, znalazła się w Oświęcimiu jak setki tysięcy innych, niewinnych, ludzi.
Przyszli po nią
i siostrę, starszą o dwa lata, do domu ciotki, gdzie się ukrywały przed łapankami. Niemcy masowo w tym czasie wyłapywali młodych ludzi, których jako silnych i zdrowych kierowano na przymusowe roboty do Rzeszy.
Zadenuncjował je mieszkaniec tej samej ulicy. Dlaczego to zrobił? Dlaczego wysługiwał się okupantowi? Nigdy się nie dowiemy. Za zdradę wziął srebrniki czy przyrzeczenie przeżycia?
Poznałem nazwisko tego człowieka, ale go nie ujawnię na prośbę pani Krupskiej. Nigdy nie pojmę, jak ten człowiek mógł spokojnie żyć ze splamionym sumieniem, a później, po jej powrocie z obozu, kłaniać się szarmancko swej ofierze na ulicy? Jak gdyby nigdy nic. Żyją wśród nas tacy ludzie.
Dziś siedemnastoletnie dziewczyny chodzą do szkół, beztrosko oddają się dyskotekowym swawolom i tańcom; kolorowo ubrane, dobrze odżywione myślą jedynie o rozrywce. Jedynym strojem Wacławy, od siedemnastego do dwudziestego pierwszego roku życia były: pasiak, chustka na głowę, dwie różnego rodzaju i koloru pończochy oraz ciężkie, drewniane trepy.
Zabrano ją w październiku 1941 roku i powieziono do Łodzi na ulicę Gdańską. Tu, oczekiwały na dalszy transport. Pod celą spotkała panią Guderską, księżą gosposię z Zelowa, więźniarkę polityczną. Przesłuchiwano ją częściej niż pozostałe, o różnych porach dnia i nocy. Każdorazowo wracała pobita, zakrwawiona i zmaltretowana. Jak umiały, troskliwie pielęgnowały skatowaną do żywego mięsa współtowarzyszkę niewoli. Siedemnastoletnia Wacława nie bardzo wiedziała, co znaczy więźniarka polityczna, tym bardziej, że w opowiadaniach księżej gospodyni najczęściej przewijały się motywy kulinarne. Być może dla Niemców, ich tysiącletniej rzeszy, rozmowa o jedzeniu była niebezpiecznym zaczątkiem spisku politycznego?
Pewnej nocy Wacława obudziła się i rozpłakała. - Śniło mi się - wyłkała siostrze - że jadłam obiad i się najadłam. Nie wiedziała jeszcze, że prawdziwy głód i pragnienie są dopiero przed nią. Rychło miała prawdziwie się przekonać, że przez najbliższe cztery lata głód będzie jej natarczywie nieodłącznym i prawdziwym kochankiem.
W styczniu czterdziestego drugiego przewieziono je do Poznania, miasta etapowego w drodze do niewolniczej roboty u niemieckich panów. Nie wiadomo, z jakiego powodu zmieniono w ostatniej chwili decyzję i cały transport skierowano do obozu koncentracyjnego
w Oświęcimiu.
- Zajechałyśmy nocą. Nie było jeszcze wtedy rampy kolejowej pokazywanej w kronikach filmowych, więc dowieziono nas ciężarowymi samochodami ze stacji do obozu. Wszystkie następne transporty witała u bram orkiestra obozowa. Nas jeszcze nie. Oświetlony reflektorami obóz, oszroniałe druty były takie malownicze.
Niemcy, ironicznie uśmiechając się, pokrzykiwali: przybyłyście do raju. Nie domyślałyśmy się nawet, że i my będziemy jak te wychudłe postacie zza kolczastych drutów, wyciągające w naszym kierunku chude ręce i wołające rozpaczliwie - Dajcie coś do zjedzenia. Skąd jesteście? Kiedy skończy się wojna? Dajcie nam coś, bo i tak wam zabiorą.
- Dawałyśmy, co mogłyśmy: chustki, szaliki, chleb. Chudzizny mówiły o ciężkim życiu obozowym, ale my nie wierzyłyśmy im podejrzewając, że celowo straszą, by cokolwiek wyłudzić. Niestety, myliłyśmy się.
Rankiem przyszły cztery Niemki, zabierając całą grupę do łaźni parowej. Usiadłyśmy z siostrą na łaziebnych schodkach. Było potwornie gorąco. Co jakiś czas Niemcy, polewając nas dla zabawy lodowatą wodą, zaśmiewali się do rozpuku: poznajecie rozkosze prawdziwej fińskiej sauny. Nie wszystkie wytrzymały pierwszą próbę hartowania zdrowia. Po łaźni tatuaż numeru. Od tej chwili nie miałam już imienia i nazwiska. Stałam się numerem.
Numer 36289
Po otrzymaniu pasiaka, chustki, reform, pończoch oraz trepa i buta - przydział na bloki. Kto buntował się przeciwko takiemu rozdziałowi, dostawał drewnianą pałą po grzbiecie pierwszą, pouczającą lekcję karności.
Drewniany barak nazywany blokiem, miał być domem, ale częściej stawał się trumną. Wnętrze „umeblowane” było trzypiętrowymi pryczami z dwoma kocami. Wyposażenie uzupełniały drewniane „kisty” służące do załatwiania czynności fizjologicznych. Dostały też osobiste naczynia do jedzenia: kaczarolę czyli metalową, czerwoną miskę i łyżkę.
Więźniarka numer 36289, broniąc się przed zimowym chłodem, owinęła piersi ręcznikiem. Przez cztery długie obozowe lata zastępował biustonosz. Zamieniła go na prawdziwy dopiero po wyzwoleniu obozu. Toaleta osobista, tak ważna dla kobiet, stawała się udręką. Wody do mycia nie dawano w ogóle, więc za kromkę chleba kupowało się miskę wody potrzebną do dokonania najważniejszej czynności higienicznej w życiu kobiety. A chleb miał cenę złota.
Już pierwszej nocy ukradziono numerowi 36289 trep i but, więc na poranny, styczniowy apel, poszła boso. Na apel wychodziło się błyskawicznie i bez ociągań. Specjalnie wytrenowane psy spuszczano ze smyczy, a one - jak ich panowie - z zajadłą wściekłością rzucały się na prycze, gryząc opieszałe lub chore.
Zdarzało się każdego dnia, że coraz to któraś nie reagowała na ukąszenia psich kłów i nie podnosiła się z posłania, czy raczej wyrka. Koleżanka Wacławy z tego samego transportu - Jastrzębska - umarła już w pierwszym miesiącu obozowej kwarantanny. Zmógł ją tyfus, najczęstsza obozowa choroba bezlitośnie dziesiątkująca uwięzione kobiety.
Po miesięcznej kwarantannie przydzielono siostry do innego bloku. Oceniły, że bardziej luksusowego; w nowym baraku nie było śmierdzących kist, za potrzebą wychodziły do ustępu na zewnątrz. A tam rządziła śmierć. Wycieńczone więźniarki, czyli muzułmanki, z trudem utrzymujące się na nogach, często wpadały przez dziury do topieli ustępu, w niej znajdując przeznaczenie.
Procedura poszukiwań była zawsze taka sama: dopóki nie znaleziono utopionej denatki lub - jak podejrzewano - uciekinierki, cały blok stawiano na karnym apelu. Nieraz do późnej nocy. Szukano wszędzie, bardzo często odnajdując zgubę w szambie ustępu. Dopiero wtedy odwoływano alarm. Najważniejsze, by „sztuka” się odliczyła.
Każdy dzień obozowego życia był bliźniaczo podobny. W świątek-piątek wychodziły do pracy w pole. W deszcz, słotę, mróz. Po powrocie do baraku ubrania nikt nie zdejmował z dwóch powodów: po pierwsze - w obawie przed kradzieżą, po drugie - i tak nie było się w co przebrać. Chorowały często. Trzeciego miesiąca pobytu zachorowały razem z siostrą, więc przeniesiono je do rewiru szpitalnego.
Szpital był barakiem jak inne. Takie same trzypiętrowe prycze z różnicą, że jedynym przykryciem chorej było prześcieradło. Nie było wiadomo, czy się przykryć, czy na nim położyć. - Myśmy się przykryły. Nikt w tym dziwnym niby-szpitalu leków nie podawał, nie widziałyśmy też lekarza. Tak naprawdę na rewir szpitalny szło się nie na leczenie, lecz przyspieszone wykończenie. Wychodził tylko ten, kto miał silny organizm i sam zwalczył chorobę. Mnie się udało, ale siostra nie wytrzymała. Umarła biedulka. Miała dwadzieścia lat i nigdy nie poznała życia, które było przed nią. Mogła być żoną i kochającą swe dzieci matką. Nie dano jej prawa, które ma każda kobieta. Nie pozwolił ten, który nas zadenuncjował, nie pozwoliły oprawczynie, strażniczki, kobiety takie same jak my.
One jednak miały mundury rasy panów, my - pasiaki niewolników.
Trzeba przyznać, że wrodzona Niemcom wysoka kultura nakazywała uszlachetniać polskie bydło. Uszlachetniano muzyką. Otóż więźniarkom pracującym poza obozem każdemu wymarszowi i powrotowi towarzyszy obozowa orkiestra. Jakie to piękne i romantyczne. Obozowa dyrygentka, Holenderka - Alma Rose - macha batutą. Dźwięki instrumentów głaszczą wymęczone ciała więźniarek, zamieniając je w anielice.
Wychodzącym z obozu, przez krematoryjny komin, orkiestra nie musi grać, więc nie gra.
Nie ma takiej potrzeby, umarli nie słyszą dźwięków muzyki.
Pewnego dnia nadszedł transport dzieci; dwulatki, piętnastolatki. Widocznie brakło cyklonu do uśmiercenia, więc truto je chlorem, a następnie rzucono na stos drewna i spalono. Nie mogłyśmy zasnąć, zdrętwiałe od strasznego krzyku gazowanych dzieciaków. Słyszę ten krzyk do dziś. I cóż były im winne dziecięce duszyczki? Cóż takiego zrobiły? Jakąż to krzywdę wyrządziły oprawcom?
Niech będą przeklęci na zawsze!
Po Powstaniu Warszawskim dotarł do obozu inny transport dzieci. Niektóre z nich Niemki wybrały dla siebie. Pewnej nocy dzieci zniknęły. Nie wiem, co się z tymi dzieciaczkami stało. Być może gdzieś je wywieziono, ale najpewniej spalono w krematorium.
Mąż mojej sąsiadki z pryczy, Greczynki, pracował w „leichenkomando”. Kiedyś napisał list, w którym opisał rytuał uśmiercania. Partii więźniów, po rozebraniu do naga, wydawano ręczniki i mydło, pozorując pójście do łaźni. Niestety, z pryszniców nie płynęła woda, lecz śmiercionośny cyklon. Po zagazowaniu nieszczęśników podłoga się rozsuwała, a trupy spadały na ruszt. Gdy było ich już dwa tysiące, rozpalano ogień.
Niemcy są narodem oszczędnym i praktycznym. Przed rzekomą kąpielą ścinano skazańcom włosy i wyrywano złote zęby. Włosy wykorzystywano jako wyściółkę do tapczanów oraz wyrobu szczotek. Złoto przetapiano na sztabki, a następnie wyrabiano biżuterię w niemieckim stylu. Tyle, prócz popiołu, zostawało z człowieka. Barak, w którym żyłam, stał niedaleko krematorium.
- Śmierć była jak nieodłączna koleżanka, blisko mnie i codziennie ją widziałam. Ma dla mnie kształt i kolor czarnego dymu wypływającego z komina.
Wracając z pracy, przechodziłyśmy obok obozu męskiego. Widziałyśmy wychudzone cienie, trupy wgniecione w obozowe błoto, widziałam zmarłych i zabitych, przywożone na taczkach, najstosowniejszych pojazdach do wożenia ludzi. Nigdy nie zapomnę tych przerażających obrazów. Widoków, od których włosy się jeżą na głowie! Nigdy!
Byłam już po wojnie na wycieczce zorganizowanej do Oświęcimia, miejscu, w którym przeżyłam najgorsze lata swego życia. Ładnie teraz jest w obozie.
Uderza mnie sposób relacji z wycieczki pani Wacławy. Jest beznamiętny, spokojny, jakby bezrefleksyjny. Gubię się w domysłach i nie mogę dociec przyczyn jej zachowania. Ona chyba ma jednak rację: kto nie był w obozie, nie zrozumie.
Jest dużo fotografii, są włosy ścinane więźniarkom, zwały butów, trepów, dziecięce zabawki. Ludzie to oglądają, kiwają głowami. Ktoś się wzruszy, komuś popłynie łza, ale większość patrzy jak na film w telewizorze. Popatrzy, popatrzy i pójdzie. Obejrzy film i zgasi telewizor. Koniec kolejnego filmu. Jeśli tego widza najdą nawet jakieś refleksje, nie wierzę, by rozumiał, co ogląda. Kto nie był więźniem, nie zrozumie nigdy grozy będącej udziałem setek tysięcy poniewieranych ludzi. Nie zrozumie, że życie ludzkie nie miało w tamtym czasie żadnej wartości. Wtedy, kilkadziesiąt lat temu, było się bydłem, numerem, nikim, albo jeszcze mniej.
Pewnego razu poszła do innego bloku po miskę zupy. Kapo obcego bloku rozpoznała ją, ale dopiero po napełnieniu miski, więc oberwała chochlą tylko jeden raz. Z rozciętym i krwawiącym uchem uciekła spod chochli rozwścieczonej Niemki. Nie uroniła jednak ani kropli wyłudzonej zupy. Najpierw, w ustępie, zaspokoiła głód, później dopiero zajęła się krwawiącą głową.
Innym razem jej komando postanowiło odstąpić, pracującym razem z nimi więźniom, część swojej zupy. Spotkała je sroga kara. Przez trzy godziny padały i powstawały z obozowego błota, a na deser zafundowano im skoki przez płotki. Wielką uciechę mieli oprawcy, gdy umęczone kobiety nie miały siły pokonać płotków. Gramoliły się przez nie ostatkiem sił, szczute, poganiane i gryzione przez tresowane psy. Za niecny występek dostały karę ekstra: zabrane im buty oraz trepy rzucono na stos i spalono. Do obozu powróciły boso, kalecząc i raniąc stopy o grudniowe zmarzliny.
Mimo okrutnych kar jeszcze trzy razy odstępowały mężczyznom zupę. I znów było padanie, wstawanie, żabka, płotki, szczucie psami, palenie butów, selekcja do pieca. „To bydło jest niepoprawne” wrzeszczeli nadludzie i łomotali po grzbietach więźniarek drewnianymi pałami. Nie udało się im jednak „bydlęcych odruchów” wykorzenić.
- A wie pan - w pewnym momencie powiedziała mi rozmówczyni - nie wierzę specjalnie w karciane wróżby, ale wtedy w Łodzi na Gdańskiej pani Guderska wywróżyła mi prawdę. Z kart wychodziło, że czekają mnie straszliwe przeżycia, ale że się z nich wykaraskam. Siostrze zaś cały czas układały się czarne karty. Śniło mi się też pewnej nocy, jak nieżyjący już dziadek z babcią jechali drabiniastym wozem przez łąkę. Wyciągali do mnie ręce, zachęcając do wejścia na wóz. Siostra wsiadła i pojechała z dziadkami, a ja położyłam się na zielonej trawie i płakałam z rozpaczy, że mnie zostawiła. I sprawdziło się. Opuściła mnie. Umarła w obozie.
- Czy pan wierzy w sny? – zapytała mnie w pewnej chwili pani Krupska. Czy wierzę? Nie wiem. Może wierzę, a może bronię się przed wiarą w sny? Patrzyłem na jej srebrną skroń, pytający wzrok, odchylający się rękaw, zza którego wyzierał początek jej obozowego imienia i nazwiska, 36... Patrzyłem i starałem się zrozumieć. Każde jej słowo płakało we mnie i zadawało ból. Ale czy rzeczywiście ją rozumiałem? Czy naprawdę byłem w stanie ją pojąć? I jeszcze to pytanie o wiarę w sny?
Kiedy głuchym grzmotem dział i zduszonym z oddali hukiem bomb zbliżał się ze wschodu front, nadzieja w wyzwolenie wstąpiła w dusze żyjących jeszcze cieni z Oświęcimia. Był rok 1944. Niestety, nie dla wszystkich więźniów obozu był rokiem wyzwolenia i powrotu do godności człowieka.
Pewnego dnia, kiedy front był tuż-tuż, wyselekcjonowano cały transport kobiet zdolnych jeszcze do pracy. Na szczęście nie była to selekcja do wędrówki przez krematoryjny komin. Wywieziono je do Saksonii. Tam, ostatkiem sił, pracował jeszcze niemiecki przemysł zbrojeniowy. Do kwietnia czterdziestego piątego roku przykręcała śrubki, lutowała, pracowała na taśmie przesuwającej tajemniczą aparaturę, mającą uratować przed agonią ginącą Rzeszę.
Kwiecień, czterdziestego piątego, był ostatnim miesiącem jej niewolniczej tułaczki. Od zachodu zbliżały się wojska alianckie, postanowiono więc przeprowadzić fabrykę.
Szły nocą otoczone szpalerem żołnierzy z psami. Za dnia zatrzymały się w maskującym przed nalotami zagajniku. Właśnie wtedy jedna z więźniarek zbuntowała się - Nie będę się załatwiać w obecności mężczyzn - krzyknęła i wybiegła poza krąg strzegących ich żołnierzy. Jeden ze strażników rzucił się w pogoń za uciekinierką. Odbezpieczył broń i zaczął strzelać.
Wtedy rozpętało się piekło. Z przelatującego samolotu dostrzeżono strzelającego żołnierza. Poleciały w ich kierunku smugi pocisków z karabinów maszynowych, wybuchło kilka bomb. Tysiące kobiet oraz strzegący ich strażnicy rozpierzchli się w popłochu, każdy w swoją stronę. Więźniarka 36289 również rzuciła się do ucieczki. Uciekała na oślep, by - o ironio - nie być zabitą przez wyzwolicieli.
Wraz z nią - jak się później okazało - biegła Rosjanka, Żydówka i dwie Polki. Zatrzymały się dopiero na widok jakiegoś mężczyzny ubranego po cywilnemu. Miały szczęście. Okazał się Polakiem wywiezionym na roboty. Dwa dni ukrywał piątkę kobiet w niemieckiej stodole. Gdy rankiem trzeciego dnia usłyszały na podwórku inną niż niemiecka mowę, nie mogły uwierzyć, że to już koniec. Przez szpary w ścianie stodoły zobaczyły po raz pierwszy czarnoskórych, amerykańskich żołnierzy. Tego dnia, zbliżając się do żołnierskiej kuchni, zemdlała. Od zapachu prawdziwego jedzenia.
Kiedy, po licznych perypetiach, wysiadła z kolejowego wagonu na stacji Łask, był maj. Ciepły maj 1945 roku. Cztery lata temu opuszczała miasto jako siedemnastolatka. Pieszo przebyła drogę do domu i stanęła przed oświetlonymi oknami. Zastukała. Gdy usłyszała głos matki, serce skoczyło jej do gardła.
Matka długo wpatrywała się wychudłej, mizernej postaci na progu domu.
- Czy to ty, córeczko? - wyłkała. - Czy to naprawdę ty?
Padły sobie w ramiona. Kilkudziesięcioletnia kobieta i jej córka, której doświadczenia starczyłoby na kilkadziesiąt lat dla tysiąca osób.
* * *
Przy ulicy Narutowicza mieszka dziś kobieta z imieniem i nazwiskiem.
Już nie jest numerem.
Nazywa się Wacława Krupska. Ma męża, dwóch dorosłych synów, synową i wnuczkę. Wnuczka jest niegrzeczna i wczoraj bardzo grymasiła, więc babunia wyjęła grymaska z majteczek wnusi i zakopała w ogródku.
- Grymasek zakopany, więc wnusia już będzie grzeczna. Prawda?
- Tak, bendzie gzecna, babuniu.
| |
| » Powrót | |
Komentarze [0]:
Aby dodać komentarz, musisz być zalogowany.


