Logo - Łask i Kolumna - Portal miasta Łasku i Kolumny

Artykuły - Łascy twórcy

BRAMKARZ, następnych 5 rozdziałów (pozostały 33) Już wkrótce w księgarniach
[Dodano 19.08.2007 - 00:34 przez fabjan7] [Wyśw.: 3022] [Koment.: 1]
We wrześniu, może październiku książka znajdzie się w księgarniach całej Polski. Dla Łaskowianek i Łaskowian prezentuję kolejne rozdziały.
Jan Fabisiak
Istnieje, czy nie

Po powrocie ze szpitala zabrał się do przeglądania książek o zjawiskach elektromagnetycznych, szczególnie wyjaśniających naturę wyładowań atmosferycznych. Miał na to czas, ponieważ otrzymał cztery dni zwolnienia lekarskiego. Był człowiekiem dociekliwym, sięgnął do książek z bogatej domowej biblioteki. Wyczytał, że piorun jest wyładowaniem elektrycznym. Najczęstsze są wyładowania liniowe w postaci rozgałęzionej iskry o długości kilku, a nawet kilkudziesięciu kilometrów, widoczne gołym okiem jako błyskawice. Huk, czyli grzmot, powstaje w wyniku rozprężania nagrzanych mas powietrza w otoczeniu kanału wytwarzanego przez iskrę.
O piorunach kulistych znalazł niewiele, choćby z tego powodu, że występują rzadko, a literatura na ich temat jest uboga.
Przeczytawszy, co znalazł na domowych regałach, skonstatował, że nie wyjaśnił niczego, szczególnie nie znajdując odpowiedzi najważniejszej: wpływu wybuchu pioruna kulistego na organizm człowieka i późniejszych następstw, głównie zmian, dokonujących się w układzie nerwowym.
Nie znalazłszy w książkach, rozpoczął szperanie w internecie. Odnalazł sporo, ale informacje były sprzeczne; od skrajności do skrajności. Najrzetelniej i możliwie najpełniej informował o zjawisku Michał Trojanowski, twórca i realizator programu “Nie do wiary”, emitowane-go w TVP 1.
Czy pioruny kuliste rzeczywiście istnieją? Tak - relacjonowali naoczni świadkowie. Nie - powątpiewali inni. Naukowcy najczęściej zmieniali zdanie w tej kwestii. Jeszcze 200 lat temu zjawisko zaliczano do kategorii przesądów i zabobonów. Nastawienie uczonych zmienił dopiero francuski astronom i fizyk Dominique François Arago, który jako pierwszy w roku 1838 zebrał i wydał w naukowym dziele 20 dobrze udokumentowanych doniesień o piorunach kulistych.
50 lat później brytyjski fizyk - lord Kelvin - wygłosił prelekcję na zjeździe Towarzystwa na rzecz Rozwoju Nauki, sugerując, że piorun kulisty jest złudzeniem optycznym, powidokiem, powstającym w wyniku działania na siatkówkę silnego bodźca świetlnego, np. błysku zwykłego pioruna albo żarówki. Jeszcze w latach 30. ubiegłego wieku czołowy amerykański meteorolog - Humphreys - uważał, że piorunów kulistych nie ma.
Odmienną opinię głosił znany rosyjski fizyk, Piotr Kapica. Ośmielił uczonych, by ponownie, poważnie traktować doniesienia o ognistych kulach. W 1955 roku opublikował hipotezę, że najdziwniejszą z punktu widzenia fizyki cechą pioruna kulistego jest jego trwałość. Kula gorącego gazu czy plazmy w zetknięciu z zimniejszym powietrzem powinna błyskawicznie wypromieniować ciepło, rozszerzyć się i zniknąć. Kapica dowodził, że jeśli oślepiająca kula ognia o średnicy 150 metrów, powstała po eksplozji bomby jądrowej, niknie po 10 sekundach, wobec tego jej mniejsza, 20-centymetrowa kuzynka, powinna rozpaść się bez śladu w jedną setną sekundy. Tymczasem pioruny kuliste obserwowano przez wiele sekund.
Po sugestii Kapicy wielu fizyków pośpieszyło z teoretycznymi i eksperymentalnymi badaniami nad piorunem kulistym. W laboratoriach uzyskiwano podobnie wyglądające kule ognia, podpalając np. rozrzedzone opary różnych gazów - wodoru, metanu, propanu i benzenu. Ale trudno byłoby wskazać źródła takich palnych mieszanin w tych niezliczonych miejscach, gdzie widziano pioruny. Najwięcej eksperymentów wykonywano z wyładowaniami elektrycznymi w powietrzu i metalach. Stosowano wysokie napięcia - stałe i zmienne. Dotychczas jednak z dość marnym efektem. Czasem wyładowania przybierały sferyczny kształt, ale nie było mowy o ognistej kuli swobodnie płynącej w powietrzu.
Nie miał wątpliwości co do istnienia pioruna kulistego największy wynalazca w historii ludzkości - Nikola Tesla, Słowen zamieszkujący w Stanach Zjednoczonych.
Raz w miesiącu organizował w Nowym Jorku konferencje prasowe, prezentując ciekawskim swoje nowe odkrycia. Tłumy żurnalistów waliły na te spotkania, bo naocznie mieli okazję ujrzeć demonstrowane przez naukowca niezwykłe zjawiska, nieznane dotychczas, zdumiewające, zaskakujące i niewytłumaczalne. Właśnie: niewytłumaczalne, ponieważ Tesla nigdy nie zdradzał publicznie swych tajemnic.
Otóż na jednej z takich konferencji zaprezentował zdumionym dziennikarzom ognistą kulę wydobywającą się z czegoś podobnego do transformatora. Kula, iskrząc i sycząc wypłynęła z urządzenia. Niespokojnie chybocząc zawisła przed wynalazcą. Tesla przeciął ją nożem na pół, na dwie mniejsze kule, a potem znów połączył. Powiedział - widzieliście państwo piorun kulisty.
Zadra chłonął nowe wiadomości z coraz to innych portali znajdywanych w wyszukiwarkach.
Jest zdumiewające, że piorunów kulistych nie spostrzeżono w specjalnych stacjach meteorologicznych służących do badań burz i wyładowań atmosferycznych. Słynny szwajcarski badacz piorunów, Karl Berger, spędził niemal całe życie na obserwowaniu, fotografowaniu i badaniu setek tysięcy wyładowań, które uderzały na te-renie jego laboratorium, na szczycie San Salvatore, we włoskim Lugano. I co? Pioruna kulistego nigdy nie widział. Co więcej, na świecie istnieje ledwie pół tuzina zdjęć, na których go utrwalono.
- Jak to możliwe, - Zadra zamyślił się - że na ziemi szaleje jednocześnie dwa tysiące burz, w każdej sekundzie uderza sto błyskawic. Czy to nie dziwne, że tak powszechne zjawisko przyrody, towarzyszące nam od zarania dziejów, kryje w sobie wciąż wielką tajemnicę? Zdumiało go, że teorii tłumaczących zjawisko jest tyle, ilu fizyków zajmujących się zagadką.
Są setki świadków relacjonujących pojawianie się w czasie burzy tajemniczej świecącej kuli, unoszącej się lub płynącej w powietrzu przez kilka, nawet kilkadziesiąt sekund. Naukowcy dysponują ich relacjami, ale ku swojemu utrapieniu opisy pioruna bardzo się od siebie różnią.
Jest różnych kształtów, kolorów, zmienia wygląd i zachowanie. Najczęściej ma rozmiar piłki nożnej, ale bywa też malutki jak piłeczka pingpongowa i wielki niczym piłka plażowa. Zdarzały się też opisy kul kilkumetrowych. Pewien inżynier niemiecki opowiadał, że wielka świecąca kula spadła mu na głowę z linii wysokiego na-pięcia. Przez chwilę wydawało mu się nawet, że znalazł się w jej wnętrzu.
W styczniu 1984 r. ognista kula wleciała do rosyjskiego samolotu pasażerskiego, przeleciała bezgłośnie nad głowami przerażonych pasażerów, podzieliła się na dwie mniejsze kulki, które się na powrót połączyły, i nie czyniąc szkód wyleciała z drugiej strony samolotu.
Podobny przypadek opisuje w Internecie Pete Chaston, pracujący jako meteorolog w Rochester (USA). “Kula wielkości piłki do koszykówki wpadła do samolotu i zaczęła gonić za stewardessą tam i z powrotem w przejściu między siedzeniami. Piorun zniknął, zanim zdążył w nią trafić”.
Jedną z nieszczęśliwych ofiar pioruna kulistego stał się rosyjski fizyk Richmann, który w roku 1753 powtarzał w Petersburgu doświadczenia Benjamina Franklina (przyszłego prezydenta Stanów Zjednoczonych) z wydobywaniem iskier z pręta metalowego podczas burzy. W pewnej chwili z pręta wyskoczyła w kierunku profesora bladobłękitna ognista kula wielkości pięści, rozległ się huk i Richmann padł martwy.
Trudno się dziwić, że żadna z hipotez nie potrafi wyjaśnić wszystkich tak różnorodnych cech tego zjawiska. Naukowcy zgadzają się, iż piorun kulisty jest wyzwaniem dla nauki. Ale, dla której dziedziny? Fizyki czy chemii? A może psychologii i psychiatrii?
Podobnie brzmią relacje o niezidentyfikowanych obiektach latających UFO, spotkaniach przybyszy z innych planet albo yeti” - mówił rosyjski fizyk Guenri E. Norman, otwierając w Antwerpii sympozjum na temat piorunów kulistych.
- Miałem chyba niezwykłe szczęście, że mój piorun nie był kilerem, nie zabił jak Richmanna, jednak dokonał w systemie nerwowym, może mózgu zadziwiającą zmianę. Nie wiem, mam się cieszyć, czy płakać? - Zadra był niepocieszony tym bardziej, że nigdzie nie znalazł wyjaśnień o następstwach i zmianach w organizmie człowieka podczas rozpadu pioruna. - Najprawdopodobniej medycyna nie zna jeszcze podobnych przypadków - skonkludował z żalem. - Cóż zatem począć, do kogo się zwrócić - oparł głowę na dłoniach i zamyślił się.
Ogromnie zaciekawiło go, że piorun kulisty można wytworzyć samemu w kuchence mikrofalowej. Kuchenka dostarcza energii w postaci fali elektromagnetycznej o częstotliwości 2450 Mhz. Wytwarzający mikrofale magnetron ma moc od siedmiuset do tysiąca sześciuset watów, ale do wygenerowania pioruna wystarczy czterysta. Potrzebne jest tylko źródło wysokiej temperatury, przynajmniej pięćset stopni Celsjusza. Spalanie choinkowego zimnego ognia, którego temperatura spalania przewyższa tysiąc stopni, daje gwarancję sukcesu. Piorun uzyskuje się od razu i to nie tylko jeden, ponieważ sztuczny ogień wytwarza dużo gorących iskier. Tworzą się nieustannie nowe pioruny, żyjące jednak króciutko, nieraz mniej niż jedną sekundę.
Zjawisko udaje się również, gdy użyje się do tego celu świeczki z nieco zużytym knotem. Trzeba wszakże trochę poczekać. Na zwęglonym końcu knota wytwarzającym najwyższą temperaturę powstanie piorun kulisty. Oczywiście, można zastosować inne źródła wysokiej temperatury. Kuchenkę należy nastawić na największą moc i włączyć.
Instrukcja mówiła, że jeśli wszystkie warunki zostaną spełnione powinien być słyszalny dość głośny dźwięk przypominający ciągłe wyładowanie elektryczne, a w miejscu najwyższej temperatury winna pojawić się świecąca kula o średnicy kilku centymetrów; piorun kulisty w kolorze, najczęściej żółto-białym lub fioletowo-białym. Ma mieć kształt zbliżony do kuli, choć rzadko jest to kula doskonała. Jest lżejsza od powietrza, unosi się do góry i wisi pod sufitem kuchenki od kilku do kilkunastu sekund. Piorun wydaje się zachowywać niespokojnie, jakby nie wiedział, gdzie chce lecieć. Obrażenia, jakie wywołuje piorun wewnątrz kuchenki są prawie żadne. To sugeruje, że nie jest on bardzo gorący. Właściwie nie ma obawy, że piorun uszkodzi urządzenie.
Może się jednak zdarzyć, że kuchenka nie będzie się chciała ponownie włączyć. W takim wypadku należy poczekać kilkanaście minut, gdyż najprawdopodobniej zadziałało zabezpieczenie przeciwdziałające przegrzaniu się magnetronu.
Zadra wykalkulował, by na zasadzie kontrreakcji wytworzyć piorun i wypuścić go z kuchenki. - Niech eksploduje w mojej obecności. Być może w ten sposób po-zbędę się swoich przykrych dolegliwości - pomyślał.
Na razie odłożył zrealizowanie pomysłu na jakiś czas. Postanowił zachować swoją tajemnicę, nawet przed najbliższymi, by zasięgnąć jeszcze specjalistycznych wyjaśnień kolegów i znajomych bardziej obeznanych ze zjawiskami fizycznymi.

Fascynacja i wątpienie

Jan Tomaszewski jest człowiekiem trudno uchwytnym. Ilość obowiązków, jakie sobie sam wymyślił, jest taka, że na wszystko brakuje mu czasu. Lato nie zastał go w domu o umówionej godzinie.
- Janek jest w redakcji, prosił abym ci przekazała, że wróci około jedenastej - powiedziała żona Tomaszewskiego - i byś na niego poczekał. Będzie za pół godziny. Zrobię ci kawę - uśmiechnęła się. - Mój wynalazek. Takiej jeszcze nie piłeś - dodała tajemniczo.
- Mam nadzieję, że bez środków dopingujących, ani podniecających - odparł żartem.
Istotnie kawa była przewspaniała. Żona Tomaszewskiego, Danusia, z domu Celińska, niegdyś wspaniała tenisistka stołowa, do zaparzacza ekspresu dosypywała odrobinę mięty i słodziła naturalnym miodem, co podkreślało smak napoju i czyniło go wybornym.
Gościowi niesłychanie przypadł do gustu wynalazek Danusi. Żona Tomaszewskiego była wspaniałą rozmówczynią i wdzięcznym słuchaczem jednocześnie, więc pół godziny minęło jak z bata strzelił, tym bardziej, że Paulinka i Małgosia, córki Janka, natychmiast włączyły się do rozmowy z niecodziennym gościem. Ojciec nie wiedział, że ich ulubionym sportowcem był pan Grzesio. I tak się do niego zwracały - panie Grzesio.

* * *

- Przepraszam cię, stary, musiałem oddać pilny tekst w redakcji - usprawiedliwiająco tłumaczył się Tomaszewski, podając dłoń przyjacielowi i zapobiegliwie uprzedzając - tylko nie ściskaj. Ja teraz mam dłonie delikatne, klawiaturowo-komputerowe, dziennikarskie - zażartował - No, opowiadaj, co tam u ciebie.
- Wiesz, “Tomek”... - Zaczął Lato - bez z niepotrzebnych wstępów chciałbym podzielić się z tobą informacją o pewnym zadziwiającym przypadku, jakiego doświadczyłem wczoraj w Łasku. Różnimy się poglądami, nie-kiedy nawet znacznie. Ty reagujesz spontanicznie i żywiołowo, ja z kolei bardziej spokojnie, ale przyznam się, że wczoraj obudziły się we mnie emocje, jakich u siebie nie podejrzewałem. Właśnie za sprawą pewnego amatora-sportowca, z którym przypadkowo zetknął mnie los. - Otóż zostałem zaproszony na uroczystości związane z jubileuszem powstania miasta. Z tej okazji rozegrano, między innymi, mecz piłkarski miejscowych urzędników z policjantami. Poproszono mnie abym wszedł w skład drużyny jednego z zespołów. Chętnie się zgodziłem. Zagrałem.
- Mecz jak mecz, wiesz jak grają oldboje. Pokopali sobie, wytopili trochę odłożonego na brzuszkach sadełka, zresztą nieważne. Mecz zakończył się remisem, ponieważ tak umówiono się przed spotkaniem. Chodziło o sztuczne podniesienie atrakcyjności widowiska. Rozstrzygnąć je miały rzuty karne. Prawdę mówiąc, do jedenastek spotkanie nie zapowiadało sensacji, ale do chwili, gdy w bramce stanął amator, miejscowy urzędnik. Jasiu, facet obronił pięć karnych bitych tak, że najprawdopodobniej nie obroniłby ich żaden z czołowych bramkarzy świata, nawet ty w swojej szczytowej formie.
- Zastanawia mnie twoja fascynacja, Grzesiu - prze-rwał Tomaszewski - ale sam mówisz, że grali oldboje, a nie zawodowcy. Nie porównuj ich do najlepszych snajperów światowego futbolu. Nie uwierzę w porażkę, na przykład Turka Hassana Sasa, Ukraińca Andrija Szewczenki, czy naszego Maćka Żurawskiego w pojedynku z bramkarzem amatorem.
- Nie wyrokuj o wyniku pojedynku, zanim się odbył - zaoponował Lato. - Nawet gdyby udało się go pokonać...
- Trujesz, stary. - Tomaszewski był nieprzejednany. - Zawodowiec jest zawodowcem, amator, amatorem, a oldboj - oldbojem.
- Ach, ty.... - żachnął się Lato - Co, nie pamiętasz już angielskich opinii o tobie przed meczem na Wembley. Nikt nie wierzył w twoje umiejętności. Angielska prasa krzyczała prasowymi tytułami: “Polski clown”, “Małpa w bramce”. Inwektywowanie cię przed meczem miało zdezawuować, poniżyć, zniszczyć wolę. Miało bojownika zmienić w strachliwego zająca, błagalnie patrzącego myśliwemu w lufę strzelby. Miało zjeżyć sierść zającowi, wstrząsnąć dreszczem przerażenia, pokryć gęsią skórką. Polskiego, tchórzliwego zająca miał pożreć symbol angielskiego imperium, Król Lew. I co......? Czytałeś przed meczem angielską prasę i najpierw byłeś smutny, potem zdenerwowany, potem zaciąłeś się w sobie, a potem obroniłeś nie do obrony strzały Clerke‘a i Bella.
- Zgoda, Jasiu - kontynuował Lato - jestem już oldbojem, ale nawet jako oldboj nie zapomniałem jeszcze, jak kopie się piłkę. Jestem pewien, że mojego wczorajszego strzału nie obroniłby żaden bramkarz na świecie, superspecjaliści jak Dida, Kahn, Dudek, Schmeichel. Uderzyłem silnie fałszem. Posłałem ją w lewe, górne okienko. A ten facet piłkę wybił, przy czym najdziwniejsze było, że nie popisał się robinsonadą, małpim, kocim czy tygrysim skokiem. On po prostu podbiegł do prawego słupka i wypiąstkował ją w pole. Nie rozumiem, że zdążył to wszystko zrobić w część sekundy.
- Oj, “Bolek, Bolek”… - Tomaszewski kpiąco spojrzał na przyjaciela - Fajną bajkę mi opowiadasz. Mistrza bramkarskiego i w ogóle każdego mistrza tworzy w dwudziestu procentach talent, a w osiemdziesięciu praca. Rozumiesz? Praca, praca, praca, trening, trening i jeszcze raz trening. Tak mówił nasz trener Górski. Nawet, jeśli ten gość z Łasku ma ogromny talent i, jak się domyślam z twojej bajki, wrodzony wspaniały refleks, nie przekonasz mnie, że jest nie do pokonania. A ty mi sugerujesz, że jego dwadzieścia procent talentu kładzie na łopatki całą drużynę.
- Nie wiem już, jak mam cię przekonać... - bezradnie rozłożył ręce Lato.
- W porządku, Grzesiu, posłucham twojej rady. Musi coś być ważnego w tym facecie, skoro tak cię zafrapował. Pojadę do Łasku. Jestem skłonny uwierzyć, ale najlepiej, gdy sprawdzę twoje rewelacje naocznie. Tak, czy inaczej podsunąłeś mi dobry temat na felieton. Zadowolony jesteś?
- Jasiu, sprawdź go koniecznie. Przed twoim eksperckim okiem nic się nie ukryje. Poza tym myślę, a nawet jestem pewien, że doznasz olśnienia. I wiesz co - dodał po chwili - zadzwoń potem do mnie. Ciekaw jestem twoich refleksji.
- Jak się człowiek nazywa?
- Zadra. Robert Zadra.
- Masz na niego namiary?

* * *

W poniedziałek tematem numer jeden w mieście był oczywiście mecz oldbojów, głównie opowiadano sobie o wyczynie Zadry. Naoczni kibice zachłystywali się niecodziennym wydarzeniem. Poczta pantoflowa przekazywana z ust do ust zataczała coraz szersze kręgi. Pęczniała nad miastem niby wielka, sensacyjna chmura. Wydarzeniu nadawano coraz bardziej fantastyczny charakter.
Nawet kobiety zaraziły się rozmowami o sporcie. Żona Zadry usłyszała od koleżanki: “Wiesz Ala, słyszałam, że twój Robert wykiwał tego Gadochę, czy jak mu tam i nie dał wpuścić gola, jak mu tamten chciał strzelić. I wiesz, dobrze zrobił, bo z jakiej racji. Robert jest taki wysportowany i przystojny, taki męski, ma w sobie coś, a tamten podobno łysy. Ty to masz szczęście. Żeby taki był mój stary - westchnęła z rozmarzeniem.
Centrum komentarzy, niemalże biurem prasowym stał się oczywiście zakład fryzjerski teścia Roberta - Kazimierza Buczkowskiego, który i sobie przypisywał część sukcesu zięcia. Wierzył, że jego modły do świętego Tadeusza Judy zostały wysłuchane. Dotrzymał przyrzeczenia, składając pod figurą wiązankę świeżych kwiatów.
Wiele osób, dotąd mało interesujących się piłką nożną, przyszło w poniedziałek do salonu fryzjerskiego, by teściowi złożyć gratulacje. Obrona karnego egzekwowanego przez Latę wyzwoliła w męskiej części mieszkańców miasta niespotykane dotychczas emocje. Król strzelców z Mistrzostw Świata 1974 pokonany na prowincjonalnym stadionie przez prowincjonalnego amatora. Wydarzenie było niesłychane i niepojęte. Wielu łaskowian nie mogło sobie darować absencji na meczu, pozbawienia się okazji bycia naocznymi świadkami. Najzwyklej zazdrościli obecnym na stadionie. Zadra i Lato były najczęściej wymienianymi nazwiskami w tym czasie. Jak się miało okazać, to był dopiero początek.
Pan Kazimierz odbierał gratulacje, dziękował, uśmiechał się. Był bez wątpienia najszczęśliwszym człowiekiem w mieście, a chyba i na świecie. Dał temu wyraz ogłaszając, że poniedziałek jest dniem darmowego golenia wszystkich przybyłych do salonu klientów. Ci zaś na czynniki pierwsze po raz setny i tysięczny rozkładali i analizowali sposób kopnięcia, trajektorię lotu piłki, siłę uderzenia i jego precyzję, niezwykle szybkie przemieszczenie się bramkarza i wybicie piłki.
Jak zwykle znaleźli się malkontenci, tych nigdzie nie brakuje pod żadną szerokością geograficzną, usiłujący zdeprecjonować Zadrę, pomniejszyć sukces, a nawet go zakwestionować. Dla poparcia tezy puścili w obieg plotkę o tajnej umowie Laty z Zadrą, ustalających przed meczem scenariusz karnego. Znaleźli się nawet naoczni świadkowie twierdzący jakoby Zadra coś tajemniczo szeptał na ucho Lacie. - Nie wiadomo, o czym szeptali - przekonywali rozmówców dwuznacznie i tajemniczo zawieszając głos - ale można się teraz domyślić.
Byli w mniejszości i tak, prawdę mówiąc, nie dawano im wiary. Teoria miała gliniane nogi, bo jaki interes mógłby mieć Lato, by nie strzelić gola? Dlatego, że Zadra miał zielone oczy? Malkontent jednak to malkontent. Dowodzić będzie wbrew faktom i żądać uznania swej racji, bowiem jedynym celem tego rodzaju ludzi jest dyskredytacja innych, pomniejszenie ich sukcesu.
Są to ludzie niedowartościowani, skrzywdzeni przez los, którym się nie powiodło, ale tylko dlatego, że zamiast samemu rozwijać się, ciągle komuś czegoś zazdroszczą. Jest nawet taki dowcip o modlitwie malkontenta: zwraca się on do Boga i prosi - panie Boże, ja mam jedną krowę, a mój sąsiad sto. Spraw, żeby mu zdechły i też miał jedną.

Imieniny

Jak co roku, w końcu lipca, Zadrowie zostali zaproszeni na imieniny koleżanki Ali, Ani Krysiak. Były serdecznymi przyjaciółkami od lat. Poznały się na konferencjach metodycznych języka rosyjskiego, ponieważ obie były nauczycielkami tego przedmiotu. Od czasu, gdy zlikwidowano rosyjski w polskich szkołach (utożsamiano go z wszelkimi wadami komunizmu, zalecając naukę języków zachodnich), Zadrową zwolniono; brakło dla niej etatu i odtąd była na utrzymaniu męża. Krysiakowa pozostała w szkolnictwie jako zastępca dyrektorki szkoły podstawowej w dzielnicy zwanej Wiewiórczynem.
Ania mieszka na peryferiach miasta w malowniczym domku spowitym pnączem winogrona, a otaczający dom ogród pełen kwiatów, krzewów i drzew owocowych tworzył ciepłą atmosferę spokoju, relaksował. Wielka w tym zasługa i praca mamy Ani oraz jej męża Andrzeja Marciniaka, absolwenta uczelni rolniczej, nic zatem dziwnego, że fachowo, z wielkim pietyzmem i sercem dba o swój ogród.
Kiedy Zadra z żoną dotarli do domu solenizantki, zastali już pozostałych gości, oczywiście, tych samych co roku.
Bukiet róż dla solenizantki i pudełko jagód borówki kanadyjskiej dla mamy ucieszyły panie. Przyjęcie odbywało się na zewnątrz domu w malowniczej, drewnianej altance. Za chwilę podszedł przywitać się Andrzej pełniący, jak zwykle, dyżur przy grillu.
- No, jaką niespodzianką uraczysz nas w tym roku? - Spytał Robert, Andrzeja. - Będzie to może jajecznica ze strusiego czy hipopotamowego jaja? - Zażartował.
Szampan i wyśmienita domowej roboty nalewka na wiśniach, specjalność Ani, otworzyła gościom usta. Zadra jak piskorz wykręcał się od prób narzucenia piłkarskiego tematu. Pytania zbywał milczeniem lub kierował rozmowę na inne tory. Na próżno. Zresztą, była wyśmienita okazja, aby porozmawiać osobiście z bohaterem wydarzenia.
Robert źle się czuł jako ośrodek zainteresowania. Prawdę mówiąc, nawet nie lubił, gdy publicznie o nim rozprawiano, a komplementowany już w ogóle nie wiedział, jak się zachować. Aby uciąć rozmowę na jego temat wziął do ręki gitarę. W duecie z żoną popisywali się śpiewając urocze, stare rosyjsko-cygańskie romanse. Mieli bogaty repertuar. Piękne, w harmonijnym dwugłosowym wykonaniu, oczarowywało gości liryką, budzącą romantyczną nostalgię, miękkością wschodniego zaśpiewu.
Jednak, na początek, odśpiewano toast imieninowy. Na wszystkich uroczystościach w Polsce śpiewa się solenizantom powszechnie znane “Sto lat”. Każdy zna tę śpiewkę od dziecka. Od paru lat Zadra lansował nowy toast.
Podczas transmisji telewizyjnej, relacjonującej pobyt papieża Jana Pawła II w rodzinnym kraju, usłyszał po raz pierwszy, jak trzystutysięczny chór górali, przy akompaniamencie kilkudziesięciu ludowych kapel, zebranych pod Wielką Krokwią, jedną z najpiękniejszych, naturalnych skoczni narciarskich na świecie, składał hołd swojemu papieżowi, życzył wszystkiego najlepszego na ludową, góralską nutę. Zadra, zainspirowany pięknem i prostotą melodii oraz słów, napisał toast, nazywając go papiesko-góralskim. Biesiadnicy znali go, bo spotykali się często, więc zgodnym chórem popłynęło:

Dzisiaj twoje święto, imieniny,
Dzisiaj twoje święto, imieniny,
A więc zdrowia, szczęścia,
A więc szczęścia zdrowia, ci życzymy.
A więc zdrowia szczęścia,
A więc szczęścia zdrowia, ci życzymy.

* * *

- Szanowni państwo - w pewnym momencie triumfalnie obwieścił Andrzej - za chwilę wasze podniebienia, po pięknej muzyce, doznają niebiańskiej rozkoszy, bo oto płyną w waszym kierunku białe kiełbaski w ostrym, węgierskim sosie. Palce lizać.
Goście, a szczególnie panie były zachwycone. Andrzej lubił i miał dar do pitraszenia, a na imieniny żony zawsze przygotowywał smakowitą niespodziankę. Z uśmiechem Mony Lisy przyjmował gratulacje od zachwyconych gości i doprawdy nie było w tym nic z kurtuazji. Panie, oczywiście, natychmiast zażądały podania przepisu, ale nawet gdyby go nie poprosiły Andrzej i tak podałby go, bo każdego, nie tylko jego, łechcą pochlebstwa.
- Oto przepis na osiem osób - bez zachęty dyktował kucharz. - Bierzemy osiem białych kiełbasek, tyle samo łyżek oliwy i oliwek. Sos sporządzamy z trzech czwartych szklanki keczupu, czterech ząbków czosnku, dwóch łyżek pieprzu cayenne i sproszkowanej papryki, po łyżce oregano, tymianku i soli, po pół łyżeczki świeżo zmielonego białego i czarnego pieprzu.
Gdy już mamy wszystkie składniki - kontynuował z wypiekami na twarzy - czosnek obieramy i rozcieramy z solą. W miseczce dokładnie mieszamy keczup z czosnkiem, ziołami i przyprawami. Kiełbaski zwijamy w kształcie ślimaczej muszelki, następnie w środek zwoju wkładamy po oliwce i nadziewamy na szpadki. Podpiekamy je, smarujemy sosem i dalej pieczemy, przewracając od czasu do czasu, aż się zarumienią. Podajemy na stół, następnie mlaszcząc z zachwytu i oblizując paluszki chwalimy kucharza - zakończył żartem.
Andrzej nie musiał domagać się komplementów, panie bez zachęty pod chmury wzniosły zachwyty nad jego kucharskimi talentami.
Zabawa trwała w najlepsze, gdy w pewnym momencie Stasiu Kosałka zaproponował:
- Robert, nie byłem na meczu, słyszałem tylko, jak wspaniale broniłeś bramki “Stempli”. Andrzej zademonstrował kulinarny talent, więc ty zademonstruj swój. - Daj spokój, Stasiu - próbował wybronić się Zadra. - Jesteśmy na imieninach, więc bawmy się... To już raczej podyktuję ci szczęśliwe numery totka, on bardziej cię interesuje - odpierał propozycję, wiedząc że kolega jest namiętnym, totolotkowym hazardzistą.
- Przecież proponuję zabawę - uparł się Stanisław. - Samo picie i wcinanie frykasów Andrzeja już mnie nudzi.
Wstał od stołu i mimo protestów Andrzeja, wyciągnął dwa kamienie ze skalniaka upiększającego ogród, ustawił je na trawie w odległości czterech metrów jeden od drugiego.
- To jest bramka. Stawaj w niej i broń. "Endrju", przynieś piłkę.
Nie było możliwości wykrętu, tym bardziej, że panie też zachęcały
- Robert, nie daj się prosić. Pokaż nam, jak łapiesz.
Ala, też poddała się ogólnemu nastrojowi - Nie psuj zabawy, baw się. Wiem, jakie to jest dla ciebie ważne, ale wyluzuj się. A najlepiej, gdybyś został przez Stasia pokonany. Niech ci strzela, ile chce. Dowartościuje się wobec Grażynki, a ty, wobec mnie nie musisz. I tak jesteś najwspanialszy.
Usłuchawszy prośby żony, zdjąwszy buty i skarpetki, stanął w zaimprowizowanej bramce. - No, Stasiu, kop!
Kosałka ustawił piłkę w odległości około siedmiu metrów od Roberta.
- Tylko w nią traf - zarechotali goście, spoglądając na chwiejny chód potencjalnego strzelca. Żartobliwa uwaga nie pozbawiona była podstaw, bo w drugiej godzinie biesiadowania trunki dawały o sobie znać.
Okazało się, że chętnych do kopania jest więcej. Inicjator zabawy, po pięciokrotnych próbach umieszczenia piłki w bramce Roberta, zrezygnowany usiadł przy stoliku i jednym haustem wychylił zawartość kieliszka, za chwilę następnego. - Cholera. No, nie dałem mu rady. Diabeł jakiś...
Panie również się podochociły i kolejno, jedna przez drugą, kopały zawzięcie. Grażynka Gruszczyńska-Kosałka, żona Stasia, kopnęła tak nieszczęśliwie, że odpadł jej obcas eleganckiego pantofelka. Solenizantce przy którymś kopnięciu rozwiązał się blond-kok, jej ulubiona fryzura. Zabawa wydała się nie mieć końca. Z coraz większym zacietrzewieniem usiłowano wbić piłkę w zaimprowizowaną bramkę. Na próżno. Każdą, lecącą w jej światło, Robert niezmiennie i ze stoickim spokojem wyłapywał.
- A teraz łap to - nagle krzyknął Andrzej, biorąc ze stołu jabłko i zamachnąwszy się, silnie rzucił w kierunku Zadry. Robert je złapał.
Zwariowany pomysł chwycił w kleszcze pozostałych uczestników imienin. Zdobiące stół owoce znalazły inne niż pierwotne przeznaczenie. Jabłka, pomarańcze, banany ciskane niemal równocześnie i użyte do niby sportowej dyscypliny, pruły przestrzeń od stolika do bramki.
- Czyście powariowali, przestańcie! - Bezskutecznie nawoływał Robert, ale wyłapywał szybujące w jego stronę owoce. Nikt nie zważał na ostrzegawcze okrzyki. Gości ogarnął amok, szał ambicji pokonania bramkarza. Nie byli w stanie się ocknąć z euforii. Skończyła się, gdy na stole zabrakło owoców.
Oprzytomnieli na ostry krzyk Ani - Stój!!! - skierowany do Andrzeja. Stwierdziwszy brak na stole owoców, chwycił karafkę z wiśniową nalewką i gdyby nie jej ostrzeżenie, zapewne poszybowałaby w kierunku Zadry.
- Jesteście skończonymi wariatami - imieninowy bramkarz był wyraźnie zdenerwowany. - Ale, że i ty uległaś szaleństwu? - Z wyrzutem spojrzał na żonę.
- Wiesz, to była naprawdę wspaniała zabawa. Nie gniewaj się kochanie. A w ogóle byłeś fantastyczny - Zadrowa ucałowała męża.
Emocje opadły, ale pozostało zdumienie i zachwyt. Jak przed chwilą jeszcze równocześnie rzucali, teraz jeden przez drugiego przekrzykiwali się, dziwili, komplementowali, zachwycali nadzwyczajnością wydarzenia, którego byli i uczestnikami, i świadkami.
- Czegoś podobnego jeszcze nie widziałem. No, Robert zostaw gryzipiórkową robotę i zapisuj się do jakiegoś bogatego klubu. Będziesz miał taaaaaaaaaaką harmonię pieniędzy. - Stasiu, rozpościerając ręce pokazał, jak wielka będzie ta harmonia. - Cholera, gdybym ci rzucił garść pszenicy, to też byś wszystkie ziarna wyłapał... Co do jednego.

Szachiści

Siostra żony Zadry - Jasia Frątczak - mieszka na Olechowie, jednym z blokowisk Łodzi. Często odwiedzają się i wtedy rodzinnym rozmowom nie ma końca.
Robert natomiast chętnie odwiedza szwagra żony, ponieważ łączy ich wspólne zainteresowanie, a właściwie pasja - królewska gra, szachy. Robert gra wyśmienicie, ale na poziomie amatorskim, natomiast Jurka zaczarowały doszczętnie. Jest czynnym członkiem drużyny dziennikarskiej “Kaczka”, jednym z jej filarów na różnego rodzaju turniejach szachowych, pokazach gry jednoczesnej, mistrzostwach.
Regały jego biblioteczki w większości wypełnione są literaturą i czasopismami fachowymi, on sam jest bogatą kopalnią niewiarygodnej ilości opowiadań i szachowych anegdot. Na pamięć zna ciekawsze partie rozgrywane przez arcymistrzów. W dowolnym momencie odtworzy przebieg pojedynków rozgrywanych przez niego kilka, nawet wiele lat temu. Nie trudno się domyślić, że w jego komputerze najwięcej pamięci na twardym dysku zajmują programy szachowe, od najprostszych po arcytrudne. Nosi przy sobie miniaturowe szachy kieszonkowe po to, by w każdej wolnej chwili zająć się rozwiązaniem któregoś z nurtujących problemów.
Siostry plotkują w kuchni o kobiecych “ważnościach”, oni tymczasem zasiadają do szachownicy. Można się domyślić, że szanse Roberta na wygraną z Jurkiem są nikłe, choć zdarzyło mu się kilka razy zremisować.
- Może zagramy dziś partyjkę graną kiedyś przez Laskera z Maroczym - zaproponował Jurek.
- Na czym ma ona polegać?
- Do jej rozegrania trzeba mieć mocną głowę.
- Chyba do każdej trzeba - zauważył Robert.
- Tak, ale do tej, odporność głowy polega na czym innym niż przypuszczasz.
- Więc nie bądź tajemniczy i wyjaśniaj.
Jurek tylko czekał na przyzwolenie obdarowania przyjaciela kolejną szachową anegdotą:
- Emanuel Lasker oraz węgierski arcymistrz Geza Maroczy startowali na międzynarodowym turnieju, odbywającym się na przełomie roku. Dzień Nowego Roku był dniem przerwy w turnieju i chętnie skorzystali z zaproszenia na kolację do pewnego bogatego mecenasa sztuki, jednocześnie miłośnika szachów.
Przed podaniem kolacji, dla urozmaicenia gościom wieczoru gospodarz zaproponował arcymistrzom rozegranie towarzyskiej partii, na co skwapliwie wyrazili zgodę. Zaproszono ich do obszernej biblioteki, gdzie wszystko było przygotowane do gry: pokaźnych rozmiarów szachownica oraz odpowiednie do jej wielkości bierki. Jednak zamiast normalnych figur na szachownicy ustawiono buteleczki i butelki w kształcie szachowych figur, napełnione różnego rodzaju trunkami.
- No, no, ciekawe - zainteresował się Robert.
- Ciekawe dopiero będzie, posłuchaj dalej - zachęcił Jurek. - A więc pionki wypełniono różnego rodzaju likierami, figury, wytrawnymi trunkami, natomiast hetmana, wielkości i zawartości półlitrowej butelki, dobrą polską wódką. Aby gra była ciekawsza gospodarz ustalił dla zwycięzcy tysiącdolarową nagrodę stawiając warunek: zabijający bierkę przeciwnika zobowiązany jest do wypicia jej zawartości.
- I co, zgodzili się? - Zaciekawił się Robert.
- Oczywiście, tak. Białe przypadły Laskerowi, Maroczemu zaś, czarne figury. A teraz zademonstruję ci, jak potoczyła się owa historyczna partia. - Jurek wyjął szachownicę i sprawnie ustawił figury.
- Białe rozpoczęły marsz e2-e4. Czarne: e7-e5. Wówczas Lasker postawił hetmana d1 na polu h5, co uznawane jest za posunięcie nadzwyczaj słabe. Maroczy odpowiedział zgodnie z wymogami teorii, skoczkiem z b8 na c6, a na to tylko czekał Lasker. Postawił hetmana na polu f7, szach, zmuszając przeciwnika do wzięcia figury i co się z tym wiąże, do wypicia półlitrowej zawartości napełnionej wódką.
Ha, ha, ha - zaśmiał się Jurek- Domyślasz się, że wynik partii był łatwy do przewidzenia.
- Możemy zagrać - wesoło odpowiedział Robert - ale ty będziesz Maroczym, a ja Laskerem. Zgoda? Chyba, że chcesz, abym “po pijaku” rozbił samochód w drodze powrotnej z Łodzi do Łasku.
Podczas obiadu Jasia, nieoczekiwanie dla Zadrów, zapytała - W jednym z ostatnich numerów “Ekspressu Ilustrowanego” Jan Tomaszewski, ten słynny bramkarz napisał, że odkryto w Łasku nieprzeciętny talent piłkarski o inicjałach R.Z., takich samych, jak twoje. Robert Zadra.
- No właśnie, - wtrącił Jurek - o tobie pisze? Bo na ile cię znam, wiem że nie grasz w piłkę nożną.
Nieoczekiwanie i zaskakująco dla żony Robert odparł:
- Nie wiem, o kim piszą w “Ekspressie”. Zresztą, nie czytałem tego tekstu.
Spojrzał wymownie na żonę, która zrozumiawszy intencję męża, uśmiechnęła się i wsparła, dodając - Nie, to na pewno nie dotyczy Roberta. On woli grać z tobą w szachy - uśmiechnęła się czarująco do szwagra.
- Bo... Tomaszewski pisze, że nie spotkał się w życiu z tak nieprawdopodobnym refleksem bramkarskim, ale historia sportu, w tym i szachów, zna niewiarygodne przypadki nie dające się zaszufladkować. Chodź do mojego pokoju, zagramy odprężającą partyjkę, a przy okazji usłyszysz dykteryjkę o refleksie szachisty. Zresztą, jak chcesz, pożyczę ci znakomitą książkę z szachowymi anegdotami napisaną przez łodzianina Władysława Litmanowicza. Znajdziesz tam między innymi te, które opowiedziałem.
- Pokaż i opowiedz. - Robert był uszczęśliwiony, że nie będzie się kontynuować piłkarskiego tematu. Skwapliwie i z radością wstał od stołu.
Ustawiając figury na szachownicy Jurek mówił:
- Rosyjskiego arcymistrza Aleksandra Kotowa zaproszono na Cypr, jako trenera miejscowych szachistów. Przy okazji wygłaszał prelekcje, grał symultany itp. Cypryjczycy są gościnni i z dumą, obwożąc go po wyspie, pokazywali ciekawostki kraju. Któregoś dnia zaprosił go na bankiet mer Famagusty. Żona mera, na cześć gościa wspomniała cypryjską wizytę innego Rosjanina, pierwszego kosmonauty świata, Jurija Gagarina.
- Pan Gagarin był tak cudownym mężczyzną - powiedziała w pewnym momencie - że nie mogłam się powstrzymać przed ucałowaniem go.
Kotow odrzekł - gratuluję - wszakże w tym momencie uświadomił sobie, że popełnił gafę. Szachowy refleks nakazał mu uzupełnienie wypowiedzi i by zamazać niezręczność szybciutko dodał:
- Rzecz jasna, gratuluję Gagarinowi... Być obdarowanym całusem przez tak uroczą damę, to doprawdy niezwykłe.
- Sympatyczne - Robert roześmiał się. - A ja też przypomniałem sobie inną dykteryjkę związaną z niezręcznością wypowiedzi. Polski mistrz międzynarodowy, Kazimierz Makarczyk, uczestniczył w Olimpiadzie Szachowej w Hamburgu, w 1930 roku. W jadalni przypadło mu miejsce przy dwuosobowym stoliku. Współbiesiadnikiem okazał się obcokrajowiec. Dosiadając się pierwszy raz do stolika, uśmiechnął się i powiedział: “mahlzeit”. Makarczyk, nie znając niemieckiego był przekonany, że nowy sąsiad przedstawił się. Skłoniwszy się grzecznie odpowiedział: “Makarczyk”.
- Ale heca - parsknął Jurek śmiechem.
- Posłuchaj dalej. Makarczyk spytał kierownika polskiej ekipy o szachistę nazywającego się Mahlzeit. Ze zdumieniem dowiedział się, że w turnieju nie ma zawodnika o takim nazwisku, a słowo “mahlzeit” jest grzecznościowym niemieckim zwrotem “smacznego”. Mistrz Makarczyk, chcąc zatrzeć nieporozumienie, wyczekał moment i gdy szachiści znów znaleźli się przy stoliku, uśmiechnąwszy się wypowiedział tajemnicze dla niego dotąd słowo “mahlzeit”. Reakcja zaskoczyła go. Stolikowy sąsiad, uśmiechnąwszy się szeroko i w przekonaniu, że jego odpowiedź oznacza po polsku “dziękuję”, odrzekł uprzejmie: “makarczyk”.
- Ha, ha, ha, no tak - Jurek znów się zaśmiał. - Morał z tego taki, że dobrze jest znać języki obce. Niekoniecznie tyle, ile ty, ale przynajmniej z dwa.
- Ale wtedy nie opowiadalibyśmy sobie anegdot - zripostował Robert. - I czym bym cię rozśmieszył?

Empirysta

Po powrocie do domu Zadra powtórnie przeczytał felieton Jana Tomaszewskiego w Ekspressie: “Nie wierzę, a jednak...”

Nie wierzę, a jednak...
Jestem empirystą. Zanim uwierzę muszę, dotknąć, posmakować, zobaczyć, powąchać, usłyszeć, a potem sprawdzić. To pewna metoda i nie zwiodła mnie nigdy. Szalbierców, oszustów różnej maści nie brakuje i nie brakowało nigdzie na świecie, w żadnej epoce. Gdy dowiem się o jakichś nadprzyrodzonych zjawiskach natychmiast stroszę piórka.
Ludzie jednak lubią bajki, dlatego z tak wielkim zaciekawieniem oraz wiarą przyjmują informacje na przykład o niejakim Gellerze, który siłą wzroku giął noże, widelce i łyżki. O facecie, który przylepia do siebie żelazka do prasowania i inne ciężkie przedmioty, a one trzymają się go i nie spadają. Wierzą, że gdzieś tam pojawiło się UFO, a przybyłe w nim zielone ludziki wykosiły pole zboża w regularne koła, romby, trójkąty, czego człowiek nie potrafiłby, więc widocznie owe wykoszenia są informacjami przestrzegającymi nas przed czymś tam. Są ludzie doznający olśnień wizualnych i widzący na drzewach, kominach, szybach, na przykład fabryki żarówek w Pabianicach, postacie z Biblii.
Ludzie lubią widowiska z pogranicza cudów, dlatego chętnie zapłacą duże nawet pieniądze, by zachłysnąć się magią amerykańskiego iluzjonisty i showmana, Davida Copperfielda, który najpierw da się porżnąć wielką elektryczną piłą na kawałki, by za chwilę, cały i zdrów oczywiście, znaleźć się gdzie indziej, później przejść przez Chiński Mur, spowodować zniknięcie wagonu kolejowego, przesunąć wyspę na morzu o kilka kilometrów, a potem biorąc w objęcia przepiękną Claudię Schiffer unieść się w powietrze i jak ptak poszybować nad głowami oniemiałej z oczarowania widowni. Wszystko to dokonuje się na oczach widzów, a nikt przecież nie zauważa zręcznej manipulacji, o której wszyscy wiedzą i zdają sobie sprawę, że są mamieni.
Ten przydługi nieco wstęp napisałem po to, bo nie wiem, nie jestem pewien, czy właśnie nie stałem się przedmiotem zadziwiającej manipulacji, której nie potrafię sobie racjonalnie wytłumaczyć. Zresztą nie tylko ja.
Opowiem w skrócie. Mojego przyjaciela, Grzesia Latę, (przypomnę, króla strzelców na Mundialu w Monachium w 1974 roku) zaproszono na jubileusz do małego miasteczka niedaleko Łodzi. Z tej okazji jedną z imprez towarzyszących świętu był mecz piłkarski z udziałem miejscowych oldbojów. Lato uświetnił i uatrakcyjnił mecz udziałem w widowisku.
W regulaminowym czasie spotkanie zakończyło się remisem. O zwycięstwie miały przesądzić rzuty karne. I przesądziły. Wykonywali je wszyscy zawodnicy. Ów mecz zakończył się porażką jednej z drużyn, ponieważ bramkarzowi drużyny przeciwnej nie udało się strzelić ani jednego gola, mimo iż było ich dziesięć, z których trzy bite były tak, że nie obroniłby ich żaden najlepszy bramkarz świata. Tak to przynajmniej określił Lato, któremu też nie udało się pokonać zadziwiającego amatora.
Jak napisałem na wstępie jestem empirystą, więc nie byłbym sobą gdybym nie sprawdził rewelacyjnej informacji przyjaciela. Pojechałem do owego miasteczka i spotkałem się z bohaterem mojego felietonu, panem R.Z. Nietrudno było go odnaleźć, tym bardziej, że wiedziałem, gdzie go szukać. Towarzyszem mojej wyprawy był jeden z najznakomitszych światowych iluzjonistów, łodzianin Sławomir Piestrzeniewicz.
Gdy podzieliłem się z nim niecodzienną informacją o bramkarzu amatorze z prowincjonalnego miasta, któremu nie można strzelić gola, co graniczy z cudem, powiedział:
- Panie Janku - sprawa jest rzeczywiście dziwna, ale na pewno da się jakoś wytłumaczyć. Chętnie się z panem wybiorę i jestem przekonany, że uda się nam zdemaskować jego sztuczki. Oczywiście, jeśli je stosuje, bo zawsze może się zdarzyć, że trafimy na talent autentyczny, nie oszukany.
- Wyznam panu - dodał po chwili - że od wielu lat przygotowuję numer z lataniem w powietrzu. Wymaga on nie tylko doświadczenia, ale również niezwykłej sprawności fizycznej i odpowiedniej. Wzniosę się na wysokość kilku metrów, wykonując wiele figur: pływając, robiąc przewroty w przód i pikując głową w dół, by tuż nad ziemią przyhamować i łagodnie wylądować na nogach. Pan wie i ja wiem, że żaden człowiek nie uniesie się w powietrze machając tylko ramionami, ale przy pomocy iluzji, nie chcę to nazwać oszustwem, raczej odwróceniem uwagi widzów, ja też będę latał, nie tylko Copeerfield.
Ufam mistrzowi świata prestidigitatorstwa i iluzji, ponieważ posiadł on wiedzę manipulowania niedostępną normalnym ludziom. Twierdzi on, podobnie jak ja, że nie ma takiego zjawiska iluzjonistycznego, którego nie da się racjonalnie wytłumaczyć, a później samemu wykonać. Wszystko to są sztuczki, a nie żadne cuda. - Ja w nie wierzę - twierdzi nie byle kto, bo mistrz świata w iluzji z roku 1999 i wicemistrz z 2003.
I oto chyba razem uwierzymy.
Po wielu zabiegach i prośbach pan R.Z. dał się namówić na próbę. Odbyła się na miejscowym stadionie. Mistrz świata iluzji bacznie obserwował rozmówcę, ani na chwilę nie spuszczając z oka. Próba polegała na tym, że R.Z. miał bronić pięć karnych strzelanych przeze mnie. Byłem przekonany, że to wystarczy do sprawdzenia umiejętności.
Bez zbędnych opisów i trzymania cię Czytelniku w napięciu powiem wprost, zostałem pokonany. Przynajmniej trzy z moich kopnięć winny znaleźć się w siatce, jednak się nie znalazły. Po jednym z nich piłka silnie uderzona zmierzała prosto w lewe okienko. W jaki sposób znalazł się akurat tam i wybił ją w pole, nie wiem. Faktem jest, że obronił.
W drodze powrotnej pan Piestrzeniewicz powiedział mi: - Panie Janku, ten człowiek nie jest magikiem, nie zauważyłem żadnej manipulacji. No, może poza jedną: przed zajęciem miejsca w bramce pstrykał zapalniczką, tak, jakby miał ochotę zapalić papierosa, którego ostatecznie nie zapalił. Być może to sztuczka, ale ja jej nie tylko nie znam, ale nie widzę związku z iluzją. Nie jest również hipnotyzerem, zatem nie boję się wziąć na siebie odpowiedzialności i postawić diagnozę, że, najprościej mówiąc, jest on najczystszej wody talentem, sportowym brylantem, jaki się rodzi raz na setki lat. Jeśli zdecyduje się przekwalifikować na zawodowego bramkarza, to jego klub, bez względu na poziom wyszkolenia kolegów z drużyny, zdobędzie w piłce nożnej wszystko, co jest do zdobycia, łącznie z mistrzostwem świata. Przewiduję, że już wkrótce będą starały się go pozyskać najznamienitsze i najbogatsze kluby Europy oraz pozostałych kontynentów.
Szanowni Czytelnicy, jestem podobnego zdania i już słyszę głosy “speców” od kopanej piłki zarzucających mi bajdurzenie i oszołomstwo, zgadzam się ze spostrzeżeniami i futurologiczną przepowiednią mistrza Piestrzeniewicza.

* * *

Zadra, podparłszy dłońmi głowę, wpatrywał się w tekst. Zamyślony, nie zauważył żony wchodzącej do pokoju.
- Widzę, kochanie, że ostatnie wydarzenia bardzo cię absorbują, ale nie jesteś nimi zbytnio zachwycony. - Położyła dłonie na jego skroniach, zanurzyła we włosy. - Spójrz mi w oczy, skarbuszku.
Ona też była zaniepokojona. Zauważyła, że mąż coraz częściej pogrąża się w zamyśleniu, jest jakby nieobecny, inny niż dotychczas. Nie zapominał o żadnym z domowych obowiązków, nadal był czuły dla żony i najukochańszej córeczki, a jednak nie był tym samym Robertem, którego znała jeszcze przed miesiącem.
- Spójrz mi w oczy, kochanie - przytuliła się - chcę ci pomóc. Kocham cię i boli mnie serce, gdy widzę jak się męczysz.
- Nie umiem sobie dać rady z nagłym zainteresowaniem ludzi ze sportowych kręgów. Nie wiem, jak się zachować, jak reagować na fale komplementów od nieraz nieznajomych mi ludzi, również kobiet.
Zadrowa usiadła mężowi na kolanach. - Tak, domyślam się kochanie moje. Oboje znaleźliśmy się w nowej zupełnie sytuacji. Ja też się boję, ale o nas, o nasze małżeństwo, o to żebyś nie zgubił się w gąszczu kuszących propozycji nie tylko finansowych, ale i kobiecych. Ko-cham cię i zawsze chcę cię kochać. Obie cię kochamy - dodała, bo w drzwiach pojawiła się córeczka.
- Chodź do nas Kasieńko, chodź tu Promyczku - otworzył ramiona do córeczki.
Kasia wcisnęła się na kolana ojca między oboje rodziców, spojrzała swoimi uważnymi, chabrowymi oczkami i powiedziała bardzo poważnie - Ja bardżo rubię jak czałujesz mamusię. Jeszteś moim urubionym tatusiem na świecie.
Cała trójka roześmiała się, a Robert powiedział - wobec tego ciebie też poczałuję. W każdy paruszek oddzielnie. No, daj mi swoje łapuszki.
Rozpoczęło się całowanie paluszków Kasi, która natychmiast wykorzystała słabość ojca i poprosiła:
- Are teraz bendem mogła piszać na twoim komputerze.
Oczywiście zgodził się, bo niczego nie był w stanie odmówić córeczce. Była najpiękniejszą perełką w jego świecie. Tak kiedyś powiedział żonie: kocham cię dlatego, bo urodziłaś mi najpiękniejszą perełkę. Obie jesteście moim największym i najpiękniejszym skarbem.
Ojciec wybrał jej imię - Katarzyna, ale od tamtej pory wymyślił jej tysiąc imion, używanych stosownie do zachowania się i kaprysków córeczki: Kasiuleńka, Katarzynka, Kasiurajdka, Kasiureczka, Kasia, Kaśka, Kasica, Kasiuluszka, Katurusia, Kacha, Kasik, Kasiek, Kasiuluczka, Katia, Katiuszeńka, Kasiulunia, Kasiureniuszka, Kasiuruszeniuszeńka, Kajdulka, Kajdulusza, Katarzynka, Kacha, Kachna, Kachnuszenia, Kasiulka, Kasiutka, Kasiutek, Kasionek, Kasiuniulunia, Kajduraszka i tak dalej.
Każda nowa odmiana imienia powstawała stosownie do zachowania się Kasi. Gdy była niegrzeczna, tatuś groził jej i straszył: “bo będę na ciebie mówił Kaśka albo Kasica”. I wtedy ona przytulała się, przylepiała balsamik do serca ojca,: “Nie mów tak, już bendem grzeczna”.
Była tak charyzmatycznie stanowcza, że zawsze do niej musiało należeć ostatnie zdanie. Któregoś dnia przymiliła się:
- Kocham cię tatusiu.
Odpowiedział przekomarzająco: - A ja cię kocham jeszcze bardziej.
Wtedy Kasia, po chwili namysłu, zareplikowała:
- A ja cię kocham bardżo bardziej... - a po chwili dopowiedziała - i jeszcze dodatkowo.
Innym razem, gdy ojciec powtórzył jej chwyt podczas kolejnych miłosnych przekomarzań i powiedział: “ja cię kocham bardzo, bardziej i jeszcze dodatkowo”, Kasieńka i tak przelicytowała ojca: “A ja cię kocham narbardziej od ciebie”.

Pierwszy szok

Wieczorem, do Tomaszewskiego zadzwonił Marek Profus, wydawca najbardziej prestiżowego tygodnika na polskim rynku “Piłka nożna”, jednocześnie menedżer FIFA do spraw zawodników. Firma pana Profusa zajmuje się transferowaniem i pozyskiwaniem piłkarzy do klubów, organizowaniem kontaktów sportowych z klubami zagranicznymi, reprezentuje też interesy klubów piłkarskich w FIFA i UEFA oraz w polskich federacjach piłkarskich. Słowem, był to poważny telefon od poważnego biznesmena.
- Panie Janku, bez zbędnych wstępów pytam, jak odnieść się do pana felietonu w “Ekspressie Ilustrowanym” o fenomenalnym talencie bramkarskim? Domyślam się, że pan wie, co pisze. Gdybyśmy mieli pierwszego kwietnia, uznałbym go za znakomity, prima aprilisowy żart, ale jest sierpień. Wiadomość jest bulwersująca. Dzwonię, bo przypuszczam, że ów pana “wynalazek” R.Z., stanie się wkrótce w obiektem wielkiego zainteresowania w kręgach piłkarskich.
- Gratuluję panie Marku - zareagował Tomaszewski. - Cieszę się, że nie poddał pan w wątpliwość prawdziwości moich informacji. Jak dotąd, czytelnicy kazali mi się stukać w czoło. Może i jestem oszołomem, jak mnie niektórzy określają, ale facet, bohater mojego felietonu, istnieje naprawdę. Mieszka niedaleko Łodzi. Jest komputerowcem, programistą włączającym miejscowy urząd miasta do sieci ogólnopolskiej, w związku z integracją Polski w organizm Unii Europejskiej.
- Panie Janku, ale mnie bardziej interesują jego zadziwiające umiejętności bramkarskie, a nie talenty intelektualne.
- Proszę się nie niecierpliwić - odpowiedział Tomaszewski. - Jest urzędnikiem, wszakże nie cherlawym gryzipiórkiem. Wyśmienicie zbudowany, silny, sto osiemdziesiąt sześć centymetrów wzrostu, osiemdziesiąt kilka wagi, wysportowany, dwa razy w tygodniu chodzi na pływalnię, gra w tenisa...
- To w tym miasteczku jest pływalnia...
- Jest, ale przecież to nieistotne. Zadziwiające, ale on nie ma w ogóle zainteresowań piłkarskich. Jest szachistą. O szachach można z nim rozmawiać godzinami. Na rozmowę ze mną zgodził się pod warunkiem rozegrania partii, którą oczywiście przerżnąłem.
- Jeśli jest taki oporny, to czy w ogóle jest jakaś szansa przedzierzgnięcia go w zawodowego piłkarza?
- Nie wiem, panie Marku. Myślę, że to będzie trudne zadanie.
- Co pan proponuje? - spytał.
- Będę w tym tygodniu w Warszawie. Przywiozę o nim artykuł do opublikowania w pana “Piłce nożnej”. Wtedy porozmawiamy bardziej szczegółowo. Zgadza się pan?
- Zgoda, panie Janku: i na artykuł, i na rozmowę. Czekam na kontakt. Do widzenia.
Po odłożeniu słuchawki Tomaszewski zamyślił się. - Podobnych telefonów będzie coraz więcej.

* * *

Nadzwyczajne wydarzenia rozchodzą się w sportowym światku z szybkością błyskawicy. Jeszcze w dniu ukazania się felietonu Tomaszewskiego w “Ekspressie” dotarła do Dariusza Szpakowskiego z pierwszego programu Telewizji Polskiej wieść o rewelacji Tomaszewskiego. Znalazł ją w Internecie na sportowej stronie gazety.
- Bzdura - pomyślał w pierwszej chwili. - Szokująca plotka, którą Janek, jak zwykle, chce zaepatować piłkarski światek. - Wątpliwość zaatakowała go w chwileczkę potem. - Ale Tomaszewski nie puszczałby w świat kaczki dziennikarskiej, gdyby jej nie sprawdził. Z tekstu wynika, że sprawdził, podpierając się spostrzeżeniami i opinią, bądź co bądź, najlepszego polskiego specjalisty od magii tego, jak tam, Piestrzeniewicza.
Nagle klepnął się w czoło, olśniony zbawczą myślą. - Jasne - wykrzyknął - hakerzy! Hakerzy dowcipnisie, albo hakerzy wrogowie Janka, włamali się na stronę internetową “Ekspressu” i robią sobie jaja. Że też od razu nie domyśliłem się. Ale bajka jest fajna - wesoło się uśmiechnął. - Trzeba przyznać, że robi wrażenie. I pomyśleć, że dałbym się na nią nabrać.
W godzinę potem podzielił się informacją i uwagami z Włodzimierzem Szaranowiczem, kolegą z redakcji, równie wyśmienitym dziennikarzem sportowym.
- Masz, przeczytaj - podał mu wydruk artykułu pobrany z internetu. - Co sądzisz o tych rewelacjach?
- Nie chce się wierzyć, że Janek puściłby w świat dziennikarski drób, a jednak trudno zbagatelizować jego rewelacje. Wierzę Tomaszewskiemu, jednocześnie mu nie wierząc. Gdyby taki facet jak ten R.Z. istniał, przewróciłby wiele poważnych teorii. Myślę też, że stałby się on przedmiotem żywego zainteresowania nie tylko działaczy z kręgów piłkarskich, ale tych wszystkich gier, w których bierze udział bramkarz. A więc piłkarzy wodnych, hokeistów trawiastych, a nade wszystko hokeistów lodowych, szczególnie krajów, w których hokej jest sportem numer jeden: Szwecji, Rosji, Kanady, Czech, Słowacji, Stanów Zjednoczonych, Białorusi i innych.
- A, nie sądzisz, że to hakerzy sobie dowcipkują? - podzielił się spostrzeżeniem.
- O, cholera! Masz rację. - Szaranowicz aż podskoczył na krzesełku. - Jasne! Ale daliśmy się nabrać. I to kto, my, stare repy - wybuchnął niepohamowanym śmiechem.
- Ale jeśli hakerzy nie, to co? Co robimy? Co radzisz? - Zamyślił się Szpakowski. - Dajemy ją na antenę?
- Myślę, że najpierw powinniśmy porozmawiać z autorem tekstu - zaproponował Szaranowicz - i dopiero po niej podejmiemy decyzję. Jeśli Tomaszewski się nie wycofa, poślemy chłopaków z kamerami do tego miasteczka, niech powęszą, delikatnie zahaczą sprawę. Nie możemy przecież dać się zrobić w konia. Jeśli zaś mamy do czynienia z autentycznym zjawiskiem, to złapaliśmy hit, jakiego nie było.

» Powrót


Komentarze [1]:

[Dodano 13.08.2008 - 00:27 przez ewa877]
Przeczytałam-super.Ewa z Głowna.Pozdrawiam.

Dodaj komentarz:

Aby dodać komentarz, musisz być zalogowany.

Strona główna | Aktualności | Drażliwe tematy | Galeria Foto | Historia | Kultura | Porady kulinarne | Porady medyczne | Przegląd prasy | Sport | Wideo | Wywiady | Łascy twórcy | A.P.A.J.T.E. | Humor | Linki | Kontakt

Odwiedziło nas 323260 internautów od 5 maja 2007

Kufersklep.pl - vintage, secondhand, odzież | Serwer Diablo 2 | Samex - krajarki, noże pionowe, noże tarczowe, noże taśmowe, noże krojcze, stoły krojcze, lagowarki, odkrawacze