| [Dodano 30.07.2007 - 23:46 przez fabjan7] [Wyśw.: 3641] [Koment.: 0] | |
| Łaskie wiersze i łaska bajka, bo napisane w Łasku, dla moich ukochanych kobiet: wnuczek - Edytki czyli Kropelki i Kasi czyli Kasiurajduszeńki. Jan Fabisiak | |
O GRZECZNEJ KASI
Za górami, za lasami, za siedmioma morzami mieszkali rodzice z córeczką Kasią, w pięknym zielonym domku na brzegu niebieskiego jeziora.
Byli z sobą bardzo szczęśliwi. Tatuś i mamusia bardzo kochali swoją córeczkę, Kasię, bo to była bardzo śliczna i nadzwyczaj grzeczna oraz posłuszna dziewczynka.
Na przeciwległym brzegu jeziora mieszkała zła kobieta, czarownica. Mieszkała samotnie, nie miała dzieci, tylko czarnego kota z wielkim, jak u lisa, ogonem i kruka siedzącego na kominie domu. Była zła z powodu swojej samotności, dlatego zgorzkniała, bardzo zbrzydła i zmieniła się w wiedźmę. Często, wysiadując na brzegu jeziora, brała do ręki lunetę, z zawiścią przyglądając się zielonemu domkowi i jego lokatorom. Wyraźnie słyszała radosny śmiech rodziców i szczebiot dziecka, bo głos po wodzie rozchodzi się daleko.
Zaplanowała, że porwie któregoś dnia dziewczynkę i zje, bo wydała się jej bardzo smakowita. Zauważyła, że co pewien czas rodzice wsiadają w samochód i wyjeżdżają, córeczkę zostawiając w domu. - To będzie dobry moment na porwanie - pomyślała.
Rodzice, istotnie, od czasu do czasu, wyjeżdżali do nieodległego miasteczka na zakupy. Wyjeżdżając, zawsze przestrzegali Kasieńkę: „Pamiętaj córeczko, podczas naszej nieobecności nie wolno nikomu otwierać domu. Gdyby przyjechał jakiś zły człowiek, mógłby ci wyrządzić krzywdę, a my tego nie chcemy, bo cię bardzo, bardzo kochamy. - Tak, nikomu nie otworzem - przyrzekała Kasia.
- Któregoś dnia rodzice powiedzieli - Kasiulutku, jedziemy dziś do miasteczka. Musimy kupić masełko, chlebek, jajeczka, serek i inne produkty, a dla ciebie coś słodkiego.
- To ja poproszem liżaczka.
- Dobrze - powiedziała mamusia - tylko pamiętaj, jak zawsze, nikomu nie otwieraj drzwi.
- Nie otworzem nikomu - zapewniła Kasia.
Czarownica, oczywiście obserwowała przez lunetę, jak rodzice dziewczynki wsiadają do samochodu i odjeżdżają. Tylko na to czekała. Szybciuteńko wsiadła do łódki i powiosłowała z całych sił, aby jak najszybciej dopłynąć na drugi brzeg jeziora.
Puk, puk, zastukała do drzwi.
- Kto tam? - zapytała Kasia.
- To ja, ciocia z drugiego brzegu jeziora. Przywiozłam ci cukierki - szpetnie skłamała.
- Dziękuję, ale niech ciocia przyjedzie, gdy rodzicze będą w domu. Ja nikomu nie mogem otwierać.
- Ależ podam ci tylko cukierki, a odwiedzę cię później, gdy wrócą z miasta tatuś z mamusią. Uchyl drzwi to ci je podam. Są takie smaczne, malinowe i truskawkowe.
Kasia uwielbiała malinowe cukierki, jednak pamiętając o przestrodze rodziców, zdecydowanie odpowiedziała: „Dziękuję, ciociu, przywieź mi je wczoraj albo pojutrze, ale powiedż mi, jak się nażywasz, bo ja cię nie żnam. I jeszcze mi powiedż, draczego masz taki chrypiączy głosz?”
Czarownica nie mogła powiedzieć swojego imienia, ponieważ rodzice Kasi natychmiast rozpoznaliby, że kłamie, więc odpowiedziała wymijająco: „Dobrze, przyjadę wieczorem, gdy rodzice wrócą. Do widzenia. A głos mam taki, bo się przeziębiłam. „Nie wiedziała, jak ma na imię dziewczynka, a nie chcąc się zdradzić, że nie jest prawdziwą ciocią, chytrze zapytała: „A jeśli nie mogłabym przyjechać, to powiedz, jak mam zaadresować paczkę? Wyślę ci ją pocztą.”
- Napisz ciociu tak: czukierki malinki dla Kasi od cioci, a ja już bendem wiedziała.
Czarownica zacisnęła ze złości jedyny ząb, jaki miała i powiosłowała do swojej chatki obmyślić sposób na przechytrzenie Kasi. Płynąc do domu wykrzykiwała głośno: „Co to za wstrętne dziewuszysko! Już ja jej pokażę!” Krzyczała tak donośnie, że dzikie kaczki i gęsi pływające po jeziorze odleciały przestraszone, gdzie pieprz rośnie.
Gdy rodzice wrócili, Kasia opowiedziała im o wizycie cioci. „Dobrze zrobiłaś córeczko - tatuś pogładził ją po główce. - To nie była żadna ciocia, ale na pewno ktoś bardzo zły”. Na wszelki wypadek zamocował w drzwiach dodatkowy zamek, a szklarzowi polecił wstawić nowe, pancerne szyby, których żadne czary się nie imają i nie roztłucze największym młotem.
Czarownica tymczasem zaczęła obmyśliwać sposoby na usunięcie chrapliwego głosu, który przestraszył dziewczynkę i nastroił nieufnie. W „Poradniku dla czarownic” wyczytała, że skutecznym sposobem jest przepalenie gardła rozgrzanym do czerwoności pogrzebaczem. I tak zrobiła. Jednak metoda okazała się nieskuteczna. Zaczęła chrypieć jeszcze straszliwiej i bardziej przeraźliwie, jak stare, nienaoliwione zawiasy u drzwi.
- Sakreble - zaklęła szpetnie po francusku i rozpoczęła szukanie innego sposobu w swojej obrzydliwej księdze. Na trzynastej stronie znalazła wreszcie to, czego szukała. Przepis mówił: „Należy wziąć mendel jajek, dodać cukru, soli, ostrego pieprzu, zmielonych ptasich piór i sierści z czarnego kota. Wszystko to utrzeć w moździerzu o północy, na rozstajach dróg, podczas pełni księżyca”. Zdenerwowała się bardzo, ponieważ księżyc akurat był w nowiu, co opóźniało wykonanie jej niecnego planu.
To jeszcze nic, jej kot wrzeszczał, jak opętany poddany torturom wyrywania sierści. „Miauuu, miauuuuuuuuuuuu”, protestował, nie mogąc się wyrwać ze szponów czarownicy, ku ogromnej radości myszy, które z upodobaniem i wielkim zadowoleniem słuchały wrzasków znienawidzonego prześladowcy. - Wrzasku wiele, sierści mało - zaśmiewały się do rozpuku.
Po spełnieniu wszystkich warunków kogel-mogel był gotów. Tak, tym razem mikstura okazała się skuteczna. Jej głos brzmiał cieniutko, choć chrypka całkowicie nie minęła. Czekała odtąd sprzyjającego momentu, by zrealizować szatański plan porwania dziewczynki. Codziennie, pilnie obserwowała przez lunetę zielony domek. Aż pewnego dnia zauważyła krzątaninę i odjeżdżający samochód. „No, nareszcie” - zaśmiała się złowieszczo i szybciuteńko, z całych sił powiosłowała na drugą stronę jeziora.
Delikatnie zapukała do drzwi i na pytanie: „kto tam?”, nadając nowemu głosowi jak najdelikatniejsze brzmienie, odpowiedziała: „Poczta, listonosz. Mam paczkę z malinowymi słodyczami, zaadresowaną do dziewczynki z zielonego domku”.
- To do mnie - ucieszyła się Kasia. - Czy przyszłała mi ją ta nieżnajoma ciocia?
- Właśnie ona - szybciutko odpowiedziała czarownica. - Otwórz drzwi, żebym ci ją mogła przekazać. Jest owinięta w kolorowy papier z namalowanymi kwiatuszkami i zajączkiem - zachęcała, kłamiąc jak najęta, bo w rzeczywistości nie miała żadnej paczki.
I wtedy stało się najgorsze. Kasia, niepomna przestróg rodziców, uchyliła drzwi. Nieszczęsna, na to tylko czekała zła wiedźma.
- Ha, ha, ha - zaśmiała się złowieszczo - mam cię wreszcie głupie dziewczynisko. Pochwyciła Kasię i zakleszczyła w szponim uścisku.
- Tatusiu, tatusiu, ratuj mnie - wołała rozpaczliwie Kasia, ale tatuś był daleko i nie słyszał wołania o pomoc ukochanej córeczki.
Czarownica, nie zważając na głośny lament dziewczynki, pobiegła w stronę jeziora. Rzuciła ją na dno łódki i chwyciwszy wiosła, co sił popłynęła do swojego domu. Natychmiast zamknęła w ciemnej piwnicy, lekceważąc płacz i błagania Kasi o uwolnienie. Skulona w kąciku ciemnicy płakała, a strumień łez płynący z oczek, utworzył na podłodze sporych rozmiarów kałużę. „Tatusiu kochany, wyratuj mnie - wołała, co jakiś czas rozpaczliwie i płakała jeszcze rzewniej.
* * *
Ach, a co się działo w zielonym domku po powrocie rodziców z miasteczka. Zastawszy otwarte drzwi przerazili się. Próżno nawoływali Kasieńkę i szukali wokół domu, w pobliskim lesie i na brzegach jeziora.
- Powinniśmy zabierać Kasię z sobą, a nie zostawiać samotną i bezbronną w domu - czynili sobie smutne i rozpaczliwe oraz niewczesne zarzuty. Omal nie pękły im serca z żalu, bólu i rozpaczy.
Jednak tatuś, mimo ogromnego stresu, nie stracił głowy i postanowił działać energicznie. Przede wszystkim zawiadomił policję o zaginięciu córeczki i poprosił o pomoc. Gdy nadjechał patrol, opowiedział o otwartych drzwiach i zniknięciu córeczki. Dowódca policjantów natychmiast podjął decyzję o poszukiwaniu dziecka i już za godzinę nadjechało kilka samochodów z setką wyszkolonych poszukiwaczy. Przybyli z nimi ratownicy z psami wytrenowanymi w poszukiwaniu ludzi. Jedna grupa przeczesywała las, druga - wypłynęła na jezioro i długimi bosakami badała dno, a dwóch płetwonurków zanurzyło się w głębiny jeziora, gdzie bosaki nie sięgały.
Poszukiwania nie dawały rezultatu i dowódca był coraz bliższy podjęcia decyzji o przerwaniu akcji. Zbliżała się noc, gdy przyszedł jeden z policjantów i pokazując rodzicom czerwoną wstążeczkę, spytał, czy to nie ich córeczki. „Tak! - wykrzyknęli oboje. - To kokardka Kasieńki, którą dziś wpięłam w jej włoski. Gdzie pan ją znalazł?”
- Obok domu po przeciwległej stronie jeziora - odpowiedział zapytany. - Mieszka tam samotna, schorowana staruszka. Pytaliśmy jej, czy nie widziała w pobliżu małej dziewczynki, ale odpowiedziała, że nie widziała, bo ma chore nogi i w ogóle nie wychodzi z domu.
- Jedziemy tam - postanowił dowódca. - I bierzemy z sobą psa tropiącego. - Teraz wydarzenia potoczyły się szybko. Piesek powąchał kokardę Kasi i z nosem przy ziemi, poszedł tropem zapachu dziewczynki, aż doszedł na próg domu staruszki. Gdy weszli do środka piesek usiadł na rozłożonym na podłodze dywaniku i zaszczekał: „Hau, hau, co w psim języku oznacza, znalazłem, znalazłem”.
Gdy podniesiono dywanik okazało się, że ukrywa w podłodze wejście do piwnicy. Po zdjęciu pokrywy wszyscy usłyszeli płacz dziecka. Tatuś zawołał do otworu: „Kasieńko, Kasieńko” i natychmiast zszedł do ciemnicy. Pochwycił córeczkę i przytulił, a Kasia tak mocno objęła tatusia, że nikt by jej nie oderwał. „Już teraż żawsze będę grzeczna i będę się szłuchać, i nikomu nie otworzę drzwi, i nie chczę żeby mnie porywano”.
Czarownicę, oczywiście aresztowano.
- I od tego czasu Kasieńka była grzeczną, słuchającą rodziców i dlatego ukochaną dziewczynką. * * *
Wierszyk imieninowy
Kiedyś - bardzo dawno temu -
Więc - jak mówię - przyszła na świat,
Po burzliwym bardzo sporze
Tu w ruch poszły kalendarze,
Dziś jest wrzesień i szesnasty,
Więc Kropelko nasza mała, Łask 16 września 1997 rok. * * *
Tortowy wierszyk urodzinowy
Wielkie dzisiaj mamy święto,
No, a potem - bez pośpiechu,
Gdy się torcik wygrzał w piecu,
Na paterę bardzo piękną,
Przyszła wreszcie upragniona
Ale teraz mój dziadziusiu Łask, Przylesie, ósmego października 1997 roku. * * * Pozdrowienia z krańca świata
Jak ten czas umyka szybko. Mknie jak pociąg ekspresowy.
Ale jakoś smutne rymy wciąż do głowy mi się cisną,
Tydzień po tygodniu mija, miesiąc za miesiącem leci,
Kiedyś - bardzo dawno temu - zaśpiewała, zatańczyła,
Żonie blask oczu zmatowiał, słona łezka popłynęła,
- Kropelka nas bardzo kocha, serce jej nie skamieniało.
Potem do babci Tereski wpaść pięć razy na godzinę,
Więc, od rana do wieczora Wnusia nasza jest zajęta,
Chociaż w jej argumentacji racji było bardzo wiele,
Ale cóż, skoro inaczej w naszym życiu być nie może,
Do tych życzeń szczerych, pięknych, babcia się dołącza - Czesia, Łask, Przylesie, 1998 * * * Wpis do sztambucha Za oknami śnieżek prószy, drzewa oszroniałe. Wróble stukają do okien, bardzo wygłodniałe. Bałwan w kapeluszu z garnka, z marchewkowym nosem, przekrzykując wiatr zimowy, krzyczy: „Do mnie proszę!” Zatem biegnę do bałwanka, kłaniam się szarmancko. „Co tam słychać proszę pana” - pytam elegancko. A bałwanek poufale do ucha mi szepce: „Do sztambucha pan zapomniał wpisać się Kropelce”. „Tam do licha! Zapomniałem, - mówię zawstydzony - lecz nie bardzo wiem co wpisać? Zapytam się żony”. „Oj ty, dziadziuś! Nie wiesz co masz wpisać swej Kropelce?” Wpisz, że jest przemiłą wnusią, że ją kochasz wielce”. Więc się tak wpisuję. Łask, 2000 | |
| » Powrót | |
Komentarze [0]:
Aby dodać komentarz, musisz być zalogowany.


