| [Dodano 13.07.2007 - 00:08 przez fabjan7] [Wyśw.: 3494] [Koment.: 1] | |
| Książka ukaże się we wrześniu, ale Łaskowianie wcześniej mogą poznać przynajmniej 4 następne rozdziały. Wszak ich dotyczą. Dla nich napisaem tę ksiązkę, ale nie tylko dla ich. | |
Kilka słów o mistrzu kibiców, brzytwy i nożyczek
Łask jest małym, sennym miasteczkiem, jak setki miast w Polsce. Życie toczy się tu leniwie, niemalże ospale. Jest duże bezrobocie od czasu, gdy zaczęto „reformować” gospodarkę kraju. W jej efekcie zlikwidowano większość zakładów pracy. Bujne niegdyś życie kulturalne i sportowe zamarło. Ostatni zapaleńcy, mohikanie wszelkich społecznych działań, coś tam jeszcze usiłują robić; próbują zorganizować jakiś festyn, zawody sportowe, widowisko kulturalne.
Pan Kazimierz Buczkowski, łaskowianin z pokoleń, jest fryzjerem męskim. W tłumnie niegdyś odwiedzanym zakładzie, usytuowanym w centrum miasteczka w rynku, strzygli się kibice i wielbiciele piłki nożnej oraz, oczywiście, zawodnicy miejscowego klubu sportowego Budowlani, a obecnie Korab. Pan Kazimierz jest znakomitym fachowcem sztuki fryzjerskiej, wszakże nie dla niej odwiedzali i odwiedzają jego salon liczni klienci; jest niekwestionowanym znawcą piłki nożnej.
Podczas strzyżenia, chętnie i z pasją rozprawia nad głową klienta o ulubionej dyscyplinie. Bywało, że strzyżony próbował zmienić temat rozmowy. Daremnie. Na chwilę podejmował wątek, by za chwilkę wrócić do futbolu. Był jego chodzącą encyklopedią.
Pewnego razu postanowiono zabawić się kosztem pasji pana Kazimierza. Miejscowy dziennikarz - Jan Bifasiak - założył się z kolegą, o dość pokaźną kwotę, że przejmie inicjatywę rozmowy i nie dopuści gaduły fryzjera do rozprawiania o ulubionej piłce nożnej.
Zaplanował wciągnięcie go do dyskusji o rzadkich, niecodziennych zjawiskach i był pewien sukcesu. Do wygrania zakładu przygotował się niezwykle starannie.
- A czy słyszał pan - rozpoczął redaktor rozmowę, siadając na fryzjerskim fotelu - że na naszym rynku, wczoraj w nocy, pojawiły się dwie dziwne postacie. Fosforyzowały seledynowym blaskiem, zamiast uszu miały trąbki, którymi tak głośno trąbiły, że pobudziły większość okolicznych mieszkańców?
- A dlaczego nie - potwierdził pan Kazimierz. - Trąbki są zawsze głośne. Wielu kibiców na mecze przynosi swoje trąbki. Trąbią w Turcji, Niemczech, Anglii, Hiszpanii, Włoszech, ale najgłośniejsi są torcedores, kibice brazylijscy. Oni prócz trąbek przynoszą ogromne bębny, a kanonada wybuchających petard po strzelonej bramce jest głośna jak bomba atomowa.
Maszynka do strzyżenia zawisła nad włosami klienta. Fryzjer włączył ją i kontynuował:
- Tak, tak, dziwne. A wie pan... pojawienie się tych, jak tam pan nazywa, seledynowych ludzików, jest równie niewiarygodnym przypadkiem, co pierwsze wejście na boisko Santosu w Buenos Aires, piłkarza Garrinchy. Moim zdaniem był to najlepszy zawodnik na świecie, o wiele lepszy od Pelego. A nazywał się Manoel Francisko dos Santos i pochodził z małego, zagubionego w górach koło Rio de Janeiro miasteczka, Pao Grande.
Dziennikarz nie mógł przerwać wylewnej tyrady fryzjera, ponieważ ten miał taki styl i sposób mówienia, że całą kwestię realizował jakby na jednym oddechu. Nie można było wedrzeć się w monolog fryzjera, póki sam nie skończył.
- Więc, proszę pana - kontynuował, strzygąc jednocześnie - Mano, tak pieszczotliwie później go nazwano, miał zostać po raz pierwszy wypróbowany jako zawodnik przez Niltona Santosa, jednego z najlepszych wtedy na świecie, lewego obrońcy. To miał być wyrok śmierci dla nowicjusza. A on, proszę pana, musi pan wiedzieć, miał jedną nogę krótszą i, pewnie dlatego, kibice brazylijscy nazwali go przekornie Garrincha czyli Jaskółka. No, więc Santos ruszył w kierunku śmiesznego kuternogi, by odebrać mu piłkę, ale ten błyskawicznie założył mu „siatę” i znalazł się za jego plecami. Obrońca próbował rzucić się za nim, ale stracił równowagę i upadł. Ryk śmiechu przetoczył się po trybunach. Tu muszę panu wyjaśnić, że w Brazylii nawet podczas treningów widownie są zapełnione fanami, po brazylijsku - torcedores. Zaraz potem cała drużyna wzięła się do odbierania piłki niezdarze, ale on hurtem i pojedynczo wykiwał przeciwników i po serii zwodów strzelił gola nie do obrony.
- Za uchem wygolić? - Spytał w międzyczasie i kontynuował.
- Otóż, widzi pan, Garrincha był całkowitym zaprzeczeniem wyobrażeń o doskonałym piłkarzu, choćby takim jak Pele. Był takim dziwnym, seledynowym ludzikiem. Bez piłki sprawiał wrażenie pałętającego się po murawie niedojdy. Po otrzymaniu jej też zdumiewał. Zatrzymywał się, czekał na atak, następnie stosował zwód znany później wszystkim obrońcom świata, doprowadzający do przewrócenia się przeciwnika. Często bywało, że Garrincha zatrzymywał się, czekał aż przeciwnik się podniesie, dogoni go i ... zabawa zaczynała się na nowo. Zresztą, proszę pana, przeciwników mogło być trzech, pięciu, czy dziesięciu. Nie ważne. Nie było na niego siły. Bo widzi pan - fryzjer zawiesił głos - Garrincha był geniuszem, ale nie dającym się zaszufladkować do żadnych koncepcji. Jak te pana zielone, czy seledynowe, ludziki.
Poprawiwszy nieco głowę klienta kontynuował: - wszyscy obrońcy świata uczyli się zwodu Brazylijczyka na pamięć. Trenerzy układali tablice kinetyczne, dzieląc kiwkę na elementy podstawowe, wymyślali miliony sposobów na pokonanie Garrinchy. I Co? I nic! Na Mistrzostwach Świata w Chile, w 1962 roku, trener Anglików - Wintherbottom - oświadczył na konferencji prasowej: „Przegraliśmy, choć solidnie przygotowaliśmy się do mistrzostw. Skąd mieliśmy jednak wiedzieć, że natkniemy się na Garrinchę”.
- Czy wie pan, że Mano był wynalazcą prawdziwie szlachetnego, rycerskiego gestu, powielanego do dziś na wszystkich stadionach świata? - zapytał i nie czekając na odpowiedź kontynuował. - Było to 27 marca 1960 roku na Maracanie, podczas ligowego meczu między Botafogo a Fluminense. Obrońca Fluminense potknął się przy odbiorze, padając na murawę. Odbita piłka powędrowała pod nogi Manoela, kilka kroków od bramkarza. Zamachnąwszy się, dostrzegł wijącego się z bólu, leżącego obrońcę. Uznając, że poszkodowany nie jest w stanie bronić odwrócił się i … zamiast posłać piłkę w światło bramki, kopnął ją za boczną linię. Po opatrzeniu kontuzjowanego, obrońca Flu - Altair - zrozumiał szlachetną intencję Garrinchy i również posłał piłkę na aut. Od tamtego czasu piękny gest, wspaniałego Mano, stał się niepisanym prawem stosowanym na boiskach całego globu.
A więc widzi pan - skonkludował pan Kazimierz zdejmując ręcznik z szyi klienta, starannie strzepując szczoteczką resztki włosów przyczepionych do ubrania i skrapiając obficie fryzurę wodą kolońską - dziwne rzeczy wszędzie się zdarzają. U nas, tajemnicze seledynowe ludziki, a gdzie indziej niesamowici piłkarze. Dziękuję panu - uśmiechnął się wylewnie.
- Panie Kaziku - żurnalista skłonił się fryzjerowi wstając z fotela - pan jest... pan jest... - szukał słów - chodzącą encyklopedią sportu, godzien tytułu mistrza świata futbolowych kibiców.
- Eeee, co też pan mówi - skromnie i z zażenowaniem spuścił oczy mistrz brzytwy i nożyczek.
Ale rację miał redaktor. Prawdę mówiąc, gdyby publicyści i komentatorzy sportowi przyszli na czeladniczą praktykę w jego fryzjerskiej firmie, zdobyliby, prócz konkretnego fachu wiedzę, która uczyniłaby ich arcymistrzami dziennikarskiej sztuki, niepodważalnymi autorytetami. * * *
Pan Kazimierz, podobnie jak setki milionów kibiców na świecie zarażony był bakcylem piłkarstwa. Kopał piłkę już jako dziesięcioletni juniorek w miejscowym klubie „Budowlani”. Zapowiadał się całkiem nieźle. Jako senior rozegrał nawet kilka meczów w reprezentacji klubu, strzelając siedem bramek. Kopnięty w rzepkę na zawodach poddał się dość poważnemu ortopedycznemu zabiegowi, po którym noga już nie była na tyle sprawna, by mógł uczestniczyć w reprezentacji klubu jako czynny zawodnik. Od tego momentu stał się kolekcjonerem wiadomości o piłkarzach i piłkarstwie, nieprzebranym oceanem wiedzy. Znajomi mówili żartobliwie - Kazik, twoje oczy są inne niż nasze. Twoje źrenice mają kształt i wygląd futbolówki.
Jego pokój zawalony był tysiącami gazet i czasopism, książkami o tematyce futbolowej, piłkarskimi pamiątkami, fotosami, plakatami. Oddzielne półki zajmowały wideoteka i krążki cd-romów. Dysponował nagraniami wszystkich emitowanych przez telewizję zawodów piłkarskich, od ligowych zmagań począwszy, na mistrzostwach świata skończywszy.
Podobnych mu pasjonatów nie brakowało w mieście i nie było wieczoru, by nie odwiedził go któryś z kolegów na pogawędkę o sukcesach, porażkach, piłkarskich wzlotach i upadkach.
Festyn
Zbliżał się termin corocznego festynu ludowego nazywanego szumnie „Dni Łasku”. Była to jedna z imprez dla ludu, małomiasteczkowe igrzyska, którymi usiłowano załatać mizerię kulturalną, odciągnąć mieszkańców od troskliwych rozmyślań, co jutro włożyć do garnka, co dać dziecku na drugie śniadanie do szkoły.
Miasta nie stać było na zaproszenie pośledniej nawet gwiazdy o regionalnej, a cóż dopiero, większej sławie. Przymierzano się do sprowadzenia jakiejś znanej, popularnej postaci, ale okazały się zbyt drogie. Na przykład, stawka redaktora Macieja Orłosia, prezentera Teleexpresu z TVP1 wynosiła 15 tysięcy złotych, aktorki i dziennikarki Agaty Młynarskiej mniej, bo 7 tysięcy. O Maryli Rodowicz nawet nie marzono, jej stawka, 40 tysięcy za występ, przyprawiała o ból głowy. W pustej, miejskiej kasie, na takie wydatki nie było pieniędzy, zatem od lat program artystyczny zapychano amatorami z miejscowe-go domu kultury, którym jeszcze chciało się spontanicznie bawić w sztukę; przeważnie dziećmi i emerytami.
Jedną z atrakcji festynu był corocznie rozgrywany mecz piłkarski oldbojów między zespołem urzędników urzędu miasta „Stemple”, a drużyną „Kaolin” złożoną z policjantów miejscowej placówki. Co roku ów mecz był najatrakcyjniejszym elementem imprezy. Emocjonowali się nim nie tylko członkowie rodzin, licznie przychodzący oglądać, tatusiów, wujków i dziadków z wydatnymi brzuszkami biegających po murawie za piłką.
* * *
W przeddzień meczu burmistrz miasta, Grzegorz Ciebiada, poprosił do gabinetu urzędników na strategiczną naradę. Nazajutrz mieli przedzierzgnąć się w tygrysów murawy, ekwilibrystów plastikowej kuli, zapomnieć o paragrafach, zarządzeniach, stempelkach. Po zdjęciu zarękawków, białych koszul i krawatów, wyprasowanych na kant spodni mieli wdziać sportowe kostiumy i przeistoczyć się w piłkarzy.
Mer miasta miał inne sportowe zainteresowania; niezwykle dbał o sportową sylwetkę czterdziestolatka. W przeszłości uprawiał boks, staczając nawet kilka pojedynków jako zawodnik „Olimpii” Karsznice. Doszedłszy wszakże do wniosku, że nie lubi być bity, zakupił dziesiątki najróżniejszych urządzeń poprawiających fizyczną sprawność. Razem z synami: Konradem i Kubą rzeźbili męskość sylwetek wytrwale trenując.
Skład drużyny, podobnie jak w latach poprzednich, był podobny z tą różnicą, że rezerwowym bramkarzem wyznaczono Roberta Zadrę, programistę komputerowego, włączającego urząd do sieci ogólnokrajowej w związku z przystąpieniem Polski do Unii Europejskiej. Trzydziestodwuletniego doktora informatyki wpisano na zawodniczą listę z polecenie burmistrza.
Ustalenie składu, co roku nastręczało poważne trudności, ponieważ urząd był wyraźnie sfeminizowany. Jako nowy i w dodatku sezonowy pracownik, wolał nie przeciwstawiać się decyzji szefa, był też przekonany, że nie będzie podporą drużyny. Nie przepadał za piłką nożną, bardziej lubił szachy i rozwiązywanie zawiłych problemów matematycznych, niż uganianie się po trawie za piłką. Kopał ją, jak wszyscy chłopcy w czasach młodości, ale to było dawno. Był mężczyzną sprawnym fizycznie, wysportowanym i dobrze zbudowanym, uprawiał bowiem pływanie. Dwa razy w tygodniu, we wtorki i piątki, systematycznie odwiedzał krytą pływalnię miejską. W każdą pogodną niedzielę można było go spotkać na korcie tenisowym.
- Ależ... ja… nigdy nie grałem na bramce, nie jestem też stałym pracownikiem urzędu. Być może za miesiąc będę pracował gdzie indziej - nieśmiało zaoponował Robert na polecenie burmistrza.
- To teraz pan zagra, panie Zadra - przypadkową rymowanką zbagatelizował wymówkę burmistrz.- Jest pan człowiekiem młodym, sprawnym. Oderwanie się dla relaksu od komputera dobrze panu zrobi. A zresztą jest pan zawodnikiem rezerwowym. Może w ogóle nie wejdzie pan na boisko.
- Jutro panowie - pouczał dalej szef miasta - wciągamy brzuszki, wypinamy piersi, napinamy mięśnie i gramy. Gramy panowie. Całe miasto będzie na nas patrzeć. Niech mieszkańcy widzą, że nie jesteśmy paralitykami. Nasz mecz, nasza postawa świadczyć będzie również o kondycji urzędu. W zeszłym roku przegraliśmy, ale w tym roku nie damy się.
Jest tylko jedna modyfikacja. Ustaliłem z komendantem policji, że w normalnym czasie mecz ma być nierozstrzygnięty. Rozumiecie, panowie - tłumaczył - chodzi o podniesienie poziomu emocji kibiców i temperatury spotkania. Wynik ustalamy rzutami karnymi. Każda drużyna ma dziesięć jedenastek. Jeszcze dziś, po pracy, potrenujemy. A więc, o osiemnastej spotykamy się na stadionie. Piłka jest okrągła, a bramki są dwie - zakończył powiedzeniem znanego niegdyś komentatora - Jana Ciszewskiego.
* * *
W obozie przeciwników nastroje bardziej radosne. W małym pokoiku komendanta jutrzejsi piłkarze ledwo się mieścili.
- No, panowie gliniarze, o przepraszam, kaoliniarze - zaczął żartobliwie komendant, nadkomisarz Krzysztof Woskowski - w zeszłym roku wygraliśmy i w tym roku też wygramy. Co tu gadać, jesteście sprawni, w przeciwieństwie do brzuchatych urzędasów obrosłych w sadełka. Pokonanie ich w bezpośrednim starciu nie byłoby dla nas problemem. Jednak, aby podnieść atrakcyjność spotkania ustaliliśmy z burmistrzem, że mecz w regulaminowym czasie ma się zakończyć remisem. Rzuty karne przesądzą o wyniku. A to już jest loteria. Może się zdarzyć, nie daj Boże, - komendant nabożnie spojrzał w sufit - że los będzie przychylniejszy dla paragrafów. Musimy, zatem jeszcze dziś przetrenować strzelanie karnych. Teoria jest po naszej stronie.
Naradę zakończył żartem: - Strzelanie, panowie policjanci, jest naszą specjalnością, a określenie „karne” bardziej policyjne niż urzędnicze. Zastrzelimy ich karnymi!
Powiedzenie spodobało się policjantom, więc towarzystwo rozluźniło się i nabrało otuchy w jutrzejszy sukces.
* * *
Po powrocie do domu Robert Zadra zakomunikował żonie i teściowi o wyborze na rezerwowego bramkarza. Teść mruknął coś pod nosem, bo tak prawdę mówiąc akceptował go jako męża swojej córki, ale za nim nie przepadał. Wykształcenie zięcia, miłość, szacunek do żony i czteroletniej córeczki, kulturalny sposób bycia były dla niego mniej ważkie niż to, że nie był sportowcem tylko „jakimś gryzipiórem”, w ogóle nie interesującym się piłką nożną. A tej teść był ekspertem. Co prawda Robert doskonale pływał, grał w tenisa, był dobrze zbudowany, silny, sprężysty, ale to nie było to, co teść oceniał najwyżej.
- Kto nie gra w piłkę, nie jest prawdziwym mężczyzną - lubił powtarzać. Aby podkreślić brak męskości męża jego córki zwracał się do niego - Roberciku.
Wciągnięcie zięcia do rozmowy o piłce kończyło się zazwyczaj fiaskiem. Nie mógł tego pojąć. Zięć, na niedzielne propozycje obejrzenia meczu miejscowego klubu, przeważnie znajdował jakieś wykrętne wytłumaczenie. A to bolała go głowa, a to pilnie musiał opracować jakieś ważne zlecenie i sto jeszcze innych przeszkód stawało na drodze. Pan Kazimierz Buczkowski, bo on był właśnie teściem Roberta, zgrzytał zębami i pędził samotnie przeżywać radości oraz smutki swojego zespołu.
W pierwszej chwili nawet się ucieszył z wiadomości, ale w chwilę potem opadły go wątpliwości. Bo jakże, jego zięć wystąpi publicznie w meczu piłkarskim, nie mając o kopaniu zielonego pojęcia? Teść, najlepszy w mieście ekspert, a Robercik może nie trafić nogą w piłkę. To byłaby dopiero kompromitacja. Rozbolała go głowa i nie przespał nocy. Pocieszał się jedynie myślą, że Robercik nie stanie w świetle bramki, jest przecież tylko rezerwowym.
Niespodziewane odkrycie talentu
Mecz rozpoczął się w upalne, niedzielne popołudnie o szesnastej. „Stemple” w zielonożółtych koszulkach w pasy i czerwonych spodenkach prezentowały się znakomicie. „Kaolin” jak zwykle w niebiesko-białych. Kapitanowie podali sobie dłonie, wymienili pamiątkowe proporczyki i mecz się rozpoczął.
Dodatkową atrakcją spotkania stało się uczestnictwo w zawodach dwóch znanych postaci - Grzegorza Laty, wielokrotnego reprezentanta Polski, króla strzelców Mistrzostw Świata z 1974 roku oraz senatora RP, mieszkańca Łasku, Bogdana Lisieckiego. Zaproszeni przez władze miasta mieli uświetnić festyn odbywający się z okazji jubileuszu 560-lecia nadania Łaskowi praw miejskich. Obaj skwapliwie zgodzili się wziąć udział w meczu jako zawodnicy. W wyniku losowania Lato wszedł w skład „Kaolinu”, a Lisiecki wdział koszulkę „Stempli”. Tak w życiu bywa, że silnej drużynie przypadł w udziale sportowiec, który sam mógłby pokonać urzędników. Oczywiście, gości również wtajemniczono w umowę o remisie.
Prawdziwą ucztą sztuczek piłkarskich obdarzył obserwatorów znakomity piłkarz, pamiętając wszakże o umowie, nie oddał na bramkę „Stempli” ani jednego niebezpiecznego strzału. W decydującym momencie, wykiwawszy, kogo dało się wykiwać, podawał piłkę innemu zawodnikowi.
Senatorowi, kibice też przyglądali się z wielkim zaciekawieniem, a nawet podziwem, bo okazało się, że świetnie zna arkana nie tylko polityki, ale i sztuki piłkarskiej. W jednej i drugiej dziedzinie potrafił cało wychodzić z opałów.
Miejscowi kibice uwielbiali oglądać coroczne mecze oldbojów. Dojrzali panowie, z wyraźnie zaznaczonymi balonikami brzuszków, sapiąc i postękując próbowali trafić nogą piłkę, co nie zawsze się udawało. Trybuny ryczały na przemian to śmiechem, to wybuchały oklaskami. Zabawa była przednia.
Od pierwszego gwizdka sędziego dało się zauważyć, że policjanci wyraźnie górowali nad urzędnikami: i kondycją, i wyszkoleniem. Byli młodsi, a zatem w naturalny sposób sprawniejsi. Widać było wyraźną przewagę „Kaolinu”. Gdyby nie umowa o remisie już dawno mogli prowadzić 3, może nawet 4:0. Grzegorz Lato popisywał się znakomitymi dryblingami w środku pola. Jego popisy podnosiły temperaturę spotkania wzbudzając zachwyt miejscowych kibiców.
Dramat zawisł nad boiskiem, gdy Stemple strzeliły samobójczego gola. Otóż obrońca tak nieszczęśliwie podał piłkę swojemu bramkarzowi, że ten jej nie wyłapał. Wturlała się w żółwim tempie poza linię bramkową, ku rozpaczy całego zespołu. Do końca spotkania zostały cztery minuty, a mizerię urzędniczego ataku odzwierciedla fakt, że oddali zaledwie trzy strzały na bramkę policjantów w całym meczu.
Komendant, chłop zwalisty, solidnej postury, wielkością brzucha dorównujący urzędnikom krzyknął podwładnym:
- Panowie, musimy dotrzymać umowy. Kiwajcie się z urzędasami tak, aby nie odebrać im piłki. - Bramkarzowi zaś surowo rozkazał: - Cholera jasna, masz wpuścić gola! Musimy doprowadzić do remisu. A jeśli żaden urzędniczy łamaga tego nie potrafi, to sam go sobie wbij. Ma byś remis. Jasne!!?
- Rozkaz, panie komendancie. - Bramkarz wyprężył się i zasalutował.
W tym samym czasie burmistrz strofował sędziego. - Panie Walczak, odgwiżdżesz pan koniec spotkania dopiero wtedy, gdy strzelimy gola policjantom. Jak pan gwizdniesz wcześniej, jutro pan nie pracujesz - zagroził palcem.
- Tak jest, panie burmistrzu - zająknął się sędzia, na co dzień portier urzędu.
Rozpoczął się nowy akt tragikomedii. Urzędnicy przypuścili frontalny atak, ale w tak nieporadnym wykonaniu, że Chaplin byłby przy nich miernym komediantem. Salwy śmiechu na widowni wybuchały raz po raz. Potykali się o nieistniejące przeszkody, podawali piłkę przeciwnikom. Ci zaś, pomni rozkazu szefa, odkopywali futbolówkę zawodnikom „Stempli”.
Była już chyba szósta minuta po regulaminowym czasie, a wynik na tablicy się nie zmieniał.
Komendant, widząc niezdarność i niezaradność przeciwnika rozkazał swoim: - panowie, te patałachy nie wbiją nam gola. Robimy samobója.
Rozkaz jest rozkazem; napastnik policjantów, na co dzień aspirant w dziale przestępstw gospodarczych, odebrał piłkę przeciwnikom i podał swojemu bramkarzowi. Ten, niby niezdarnie i pomyłkowo, rzucił ją wprost pod nogi stojącego najbliżej zawodnika Stempli. Zaskoczony niespodziewanym podarkiem piłkarz kopnął ją w kierunku bramki, ale tak niefortunnie, że skierowała się wprost w bramkarza i gdyby ten się nie uchylił, musiałby ją złapać. Całe szczęście, że zachował należyty refleks, pamiętając o rozkazie swego dowódcy. Podniesiony do góry kciuk komendanta i uśmiech na twarzy oznaczał, że premia go nie minie, 1:1.
Sędzia odgwizduje jedną sekwencję spotkania i zarządza przerwę.
Kibice zacierają ręce wietrząc przednią zabawę, prze-mieszczając się w pobliże bramki wyznaczonej przez sędziego. Na murawie zmęczeni zawodnicy, popijając wodę, usiłują choć trochę ochłodzić rozgrzane i zmęczone ogromnym wysiłkiem ciała.
Burmistrz zebrał swoją gromadkę przy linii bocznej. Jest w podłym nastroju. Niezadowolenie z gry urzędników wyładowuje pokrzykując. - Spatałaszyliście robotę, więc zrehabilitujcie się teraz. - Jego humor się pogarsza, gdy bramkarz oświadcza, że skręcił nogę przy jednej z obron i nie będzie mógł dalej grać. - Musi mnie zastąpić ten nowy, Zadra.
- Dobra, dawać tu tego komputerowca. Wszystko w rękach opatrzności - denerwuje się burmistrz z nadzieją spoglądając w niebo. - Mam nadzieję, że policjanci nie będą trafiać. Umiesz pan, chociaż trochę łapać? - pyta Zadrę i nie czekając na odpowiedź macha zrezygnowanie ręką.
W obozie policyjnym zupełnie odmienne nastroje, humor dopisuje. - Ale miałeś refleks - śmieje się jeden z piłkarzy do bramkarza. - Uchyliłeś się w samą porę. Tylko żeby ci wpuszczanie nie weszło w krew. Teraz masz łapać!
- Spoko, spoko, damy sobie radę - golkiper uśmiecha się, unosząc kciuk ku górze.
* * *
Emocje na trybunach rosną, gdy pierwszy z piłkarzy celebruje ustawianie piłki na jedenastym metrze. Choć jest ona regularną kulą, napastnik „Stempli” obraca ją, poprawia jakby miała kanty, fałdy czy nierówności. W jego wykonaniu to ceremoniał, celebra, od której zależą losy świata. Wreszcie cofa się dla nabrania rozpędu. Powziął decyzję, gdzie ją pośle.
W głowie bramkarza policjantów, znieruchomiałego na bramkowej linii krzyżują się miliony myśli, domysłów. Usiłuje odgadnąć intencje strzelającego, a to zawsze loteria. W chwili, gdy strzelec dotyka nogą piłki, rzuca się w prawy róg. Zupełnie niepotrzebnie. Futbolówka, fatalnie spudłowana mija słupek o dobre kilka metrów. Stadion gwiżdże, a niefortunny zawodnik powłócząc nogami, ze spuszczoną głową, opuszcza boisko.
Bramkarze wymieniają się. Miejsce między słupkami zajmuje teraz Robert Zadra.
Kazimierzowi Buczkowskiemu, teściowi Roberta, serce uderza z częstotliwością kół pociągu ekspresowego o spoiny szyn. Jest pełne niepokoju. Całym sobą jest teraz z zięciem. Chyłkiem, rozglądając się wokół, czy nikt nie widzi, żegna się znakiem krzyża i prosi - Tadeuszu Judo, mój święty od spraw beznadziejnych, spraw, by zięć się nie ośmieszył. Przyrzekam, jeśli mu pomożesz, zaraz po meczu złożę wiązankę kwiatów pod twoją figurą w kolegiacie.
Kibice i koledzy Roberta też zaciskają kciuki, patrząc błagalnie na przemian to w niebo, to w niego. Piłka ustawiona na „wapnie” czeka na gwizdek sędziego i kopnięcie policjanta.
W tym momencie któryś z widzów, może dla żartów, może zwolennik drużyny przeciwnej, może tajny wysłannik, agent komendanta - błyska po oczach bramkarza słonecznym światłem odbitym z lusterka. Puszcza z trybun „zajączka”.
Światło oślepia Zadrę. W jednej chwili przeszywa go dreszcz podobny do tego, jakiego doświadczył pamiętnego dnia w ogródku mamy, podczas burzy. Czuje, jak w ciało wkłuwają się miliony drobnych igiełek, a przed oczami błyska rozpadająca się na setki tysięcy iskierek, sycząca ognista kula. I jak wtedy, Zadra ogląda otaczający go świat jakby na filmie, odtwarzanym w zwolnionym tempie, jak na przesuwanej klatka po klatce powtórce na ekranie filmowym, ripleju w okienku telewizora.
Spogląda na sędziego podnoszącego gwizdek do ust, widzi nadęte policzki, ale nie słyszy dźwięku; dopiero po chwili dobiega jego uszu jakby ryk syreny, niski i wibrujący. Kątem oka dostrzega napastnika zmierzającego do piłki. Jego ruchy przypominają Chińczyków oglądanych w telewizji, uprawiających gimnastykę „Tai chi chuan” na placach, skwerach, w parkach dla podtrzymania ciała w dobrej kondycji. Chińska gimnastyka przypomina wolny taniec przez nadanie ciału harmonijnej płynności.
Zadra widzi, że zawodnik rusza w kierunku piłki, odbijając się od powierzchni boiska płynie w powietrzu nad murawą jakby nie obowiązywało go prawo powszechnego ciążenia, jak człowiek nie podlegający grawitacji, wznosi i opada na murawę, a wszystko to bardzo powoli. Przypomina amerykańskiego astronautę Neila Armstronga podczas transmisji ze spaceru księżycowego misji Apollo 11. Ale grawitacja na księżycu jest sześć razy mniejsza niż ziemska, a facet zbliża się do piłki księżycową płynnością na ziemi, piłkarskim boisku. Dotyka jej butem, a ona, powolutku, niemal dostojnie kieruje się w jego stronę. Zmierza w lewy, dolny róg, więc tam Zadra się kieruje i wykopuje w pole.
Po chwili, z trybun dochodzi do jego uszu niskie, buczące wibrato. Spojrzał w tamtą stronę. Z otwartymi ustami kibice tańczyli chińskie „Taj chi”. Rzucił okiem na niefortunnego strzelca, znieruchomiałego, z twarzą wykrzywioną w grymasie zdumienia i w rozpaczy, z rękami zakrywającymi oczy.
Opuścił bramkę i położył na trawie. Nie dziwił się szalejącym kibicom i kolegom z drużyny, którzy go obstąpili, obcałowując i ściskając. Zaskoczony był nawrotem halucynacji wzrokowo-głosowych, jakich pierwszy raz doświadczył na działce. Wystraszył się.
- Jesteś fantastyczny - wykrzyknął pochylony nad nim burmistrz. Zadra był przerażony, bo do jego uszu dotarł dźwięk jakby dobywający się z jaskini: - Je-eeeeeeeeessssteeeeeeeeeeś faaaaaaaaannnntaaaaaaassssssssty yyyyyyyyyycznnnnnnnnnnnyyyyyyyyyyyyy. Okrzyk, w uszach Zadry brzmiał bardzo nisko i rozciągnięty był w czasie.
- Boże, żebym tylko nie stracił przytomności - modlił się. Koledzy pochyleni nad kolegą niczego nie zauważali. Jego zbolałą minę przypisali emocjom. Leżał tak do czasu, gdy znów gwizdkiem wywołano go do bramki. Stan otępienia, tak sądził, nie opuszczał go.
Napięcie wśród zawodników i na trybunach ponownie podniosło się, gdy zajął miejsce w bramce. Teść sportowca gryzł paznokcie i wprost roznosiły emocje. Koledzy z zespołu zamarli ściskając kciuki, gdy kolejny strzelec jedenastki zmierzał do piłki. Szedł komisarz Jerzy Dura, jeszcze do niedawna czynny napastnik miejscowego klubu sportowego - MKS „Korab”. Mimo wielu obowiązków zawodowych w policji, nie rozstał się z piłką nożną. Służył doświadczeniem zawodniczym, pomagając społecznie trenerowi juniorów klubu - Grzegorzowi Stolarkowi.
Stał teraz kilka metrów przed piłką, zamierzając pogrążyć w rozpaczy drużynę przeciwników i ośmieszyć bramkarza „Stempli”. Postanowił strzelić w prawe okienko, markując zwodem uderzenie w przeciwną stronę. Będąc czynnym zawodnikiem wielokrotnie pokonywał w ten sposób golkiperów przeciwników. Uderzenie miał opanowane niemalże do perfekcji. Był przekonany, że żaden bramkarz świata nie jest w stanie obronić z ogromną prędkością lecącej piłki w którekolwiek okienko. Pewien siebie, z lekkością baletnicy, podbiegł do piłki i silnie uderzył. Jak rakieta wystrzeliła w precyzyjnie wymierzonym kierunku. Zdumiało go jednak, że bramkarz nie dał się nabrać na chytry i zawsze skuteczny zwód.
Zadra, stojąc na linii bramkowej uśmiechnął się nawet, gdy kolejny strzelec jedenastki, podobnie jak poprzedni, lotem niby kosmonauty Armstronga, niby szybowca dobiegał do piłki. Dotknięta butem egzekutora, oderwała się od podłoża i rozpoczęła wolniutki lot. Pomyślał, że przypomina mu ona raczej szybowanie kormorana na dużej wysokości. Teraz ten niby-kormoran dostojnie i elegancko zmierzał powoli w kierunku jego bramki, w prawe okienko.
Zadra pobiegł w jej kierunku i spokojnie wybił pięścią w pole.
Chłopcy „Kaolinu” jęknęli ze zdumienia. „Stemple” wyrzuciły w górę ramiona w zwycięskim geście. Trybuny ryknęły z zachwytu i zaskoczenia. Gol, który powinien paść, nie padł. Bramkarz winien polec w pojedynku, a nie poległ. W jakiś niewytłumaczalny sposób dla oglądających Zadra sparował strzał. Wszyscy to widzieli. Bramkarz spokojnie pobiegł w róg bramki, tam gdzie kierowała się piłka, i bez żadnej robinsonady, parady, małpiej prężności, wyskoku, tygrysiego rzutu po prostu ją wypiąstkował.
Postawa bramkarza „Stempli” zaskoczyła dosłownie wszystkich: kolegów z drużyny, przeciwników, kibiców. Zawodnicy policji oddali na bramkę dwa strzały trudne do obrony nawet przez wybitnych profesjonalistów, a co dopiero przez amatora, o którym jako o bramkarzu nikt ani widział, ani słyszał.
Wydarzenie było niecodzienne, a ustalona przed meczem taktyka, rozstrzygająca spotkanie rzutami karnymi, okazała się fascynująco trafna. Jednak nikt nie przypuszczał, że rozgrzeje do białości cały stadion, tym bardziej, że w trzeciej kolejce „Stemplom” udało się strzelić gola i objąć prowadzenie, a w czwartej podwyższyć wynik na 2:0. Tym razem Zadra nie musiał popisywać się swoim talentem, ponieważ policjanci dwa razy, najprawdopodobniej ze zdenerwowania, przestrzelili. Sensacja wisiała na włosku.
Piąta kolejka. Emocje rosną.
Rzut miał wykonać piłkarz równie dobry, jak Dura. Podobnie jak poprzednik, kiedyś był zawodnikiem innego klubu, Włókniarza Pabianice.
- Durze się nie udało, ale to przypadek. Niemożliwe, abym nie wbił piłki do bramki magistrackiemu urzędasowi - zacisnął zęby aspirant Michał Wyrwas; bo to on był teraz egzekutorem. Postanowił uderzyć piłkę nosem buta z, tak zwanego, „czuba”, która tak zaatakowana leci znacznie szybciej, osiągając w przypadku wybitnych piłkarzy nawet 200 kilometrów na godzinę. W jedną sekundę przebywa odległość 55 metrów, zatem odległość 11 metrów pokonuje w 1/5 sekundy. Wyrwasowi nikt nie mierzył prędkości przelotu piłki uderzonej jego stopą, ale jeśli nawet nadawał jej prędkość mniejszą niż supermistrzowie, to jedenaście metrów pokonywała ona i tak w część sekundy. Zarówno on jak i pozostali widzowie zdążyli już zauważyć, że Zadra posiada wspaniały refleks, zatem tylko prędkość piłki mogła być skutecznym środkiem na pokonanie go. Tak właśnie rozumował Wyrwas. Postanowił kopnąć najsilniej jak tylko potrafi.
Podobnie podpowiadali mu koledzy z drużyny. - Walnij z całej siły, żeby siatka pękła, a Zadra wleciał razem z piłką do bramki.
Piłka ustawiona. Wyrwas nabiera kilkunastometrowego rozpędu. Zadra przyczajony w bramce. Widzowie na trybunach zrozumieli taktykę egzekutora, domyślili się, że piłka zmieni się za chwilę w pocisk, który zmiecie bramkarza, a jeśli trafi w głowę, może zdarzyć się nieszczęście.
Pabianiccy kibice byli świadkami pęknięcia poprzeczki, w którą trafił on podczas ligowego meczu z Legią Warszawa. Wydarzeniem wielokrotnie zachłystywały się radio i telewizja, a sprawozdawcy prasowi poświęcili mu wiele szpalt, przy czym jak zwykle: jedni pęknięcie drewnianej poprzeczki przypisywali zmurszeniu materiału, inni zaś zachwycali się gigantyczną siłą kopnięcia.
Uderzył. Potężny kop wystrzelił piłkę, która zmieniła się w błyskawicę przecinającą przestrzeń między strzelcem a bramkarzem. Niektórzy widzowie byli przekonani, że eksploduje zaatakowana potworną siłą nogi napastnika.
Gdy oderwała się od podłoża Zadra dostrzegł, że szybuje w jego kierunku, wyciągnął więc przed siebie obie ręce oczekując na uderzenie. Odbiła się od rękawic bramkarza, ale siła spotkania wstrząsnęła obrońcą. Poczuł ból i drętwienie barków. Aż nim zachwiało.
W szóstej kolejce zawodnik „Stempli” trafił w poprzeczkę. Mogło być 3:0. W bramce znów stanął Zadra. Silnie bita piłka pruła przestrzeń w kierunku lewego słupka. Tym razem bramkarz ją po prostu chwycił w dłonie. Pobiegł w lewą stronę i ją złapał. Normalnie, jak gdyby nigdy nic, złapał!
W siódmej kolejce kapitan zespołu i jednocześnie burmistrz umieścił piłkę w siatce podwyższając wynik do 3:0.
Nadeszła ósma seria rzutów. Zawodnik „Stempli” spartaczył okazję w ogóle nie trafiając do bramki. Gdyby udało mu się strzelić gola, mecz byłby już zakończony. Ostatnią szansą na doprowadzenie do remisu - zostały trzy kolejki - było teraz pokonanie bramkarza przez piłkarzy „Kaolinu”, wszakże pod warunkiem, że udałoby się im każdorazowo umieścić piłkę w siatce.
Komendant zebrał swoich na naradę:
- Panowie od tej kolejki zależy nasza reputacja i honor. Jeszcze nie wszystko stracone. Mam nadzieje, że nieprawdopodobny fart opuści wreszcie tego fajtłapę Zadrę. Na szczęście rzut wykonuje teraz pan senator. Po złamaniu Zadry musimy strzelić jeszcze dwa gole, żeby chociaż był remis. Panie Grzegorzu, od pana wszystko zależy - błagalnie spojrzał w oczy mistrza.
- Będzie dobrze, panie komendancie - uśmiechnął się pogodnie Lato. Ani przez chwilę nie wątpił, że strzeli gola, choć w duchu przyznawał, że obrony tego, jak tam mu, Zadry imponowały skutecznością.
Stadion zamarł w milczeniu i oczekiwaniu, gdy polski piłkarz wszechczasów ustawiał piłkę w odległości jedenastu metrów od bramki. Ta jedenastka była teraz najważniejszym wydarzeniem w 560-letniej historii miasteczka. Przed uderzeniem Laty kłaniali się najwspanialsi bramkarze świata. Bez wyrzutów sumienia wyciągali piłkę zza linii bramkowej, strzelał im bowiem jeden z geniuszy światowego piłkarstwa.
Żaden z miejscowych kibiców nie miałby żalu do Zadry, gdyby wpuścił gola. Nie byłoby to dla niego żadnym dyshonorem. Serca trybun rozdzierały się pół na pół. Chcieliby, aby Zadra obronił i wpisał się w ten cudowny sposób do ksiąg historii miasta, oczekiwali jednocześnie skutecznego popisu jednego z piłkarzy wspaniałego wunderteamu trenera Kazimierza Górskiego. Chcieli żeby Lato strzelił, jednocześnie życząc swojemu bramkarzowi, aby obronił. Cóż za stres!
Piłka ustawiona, Zadra przyczajony w bramce. Lato podbiega do niej i silnie uderza. Postanowił powielić uderzenie wykonane po raz pierwszy przez Pelego. Jest ono właściwie nielegalne i niezgodne z piłkarskimi przepisami. Egzekutor winien do piłki podbiegać w jednym tempie, Pele tymczasem, na moment przed dotknięciem jej butem, zwalniał bieg, zwlekał z kopnięciem zmuszając bramkarza do reakcji i dopiero potem uderzał. Metoda wybrana przez egzekutora zawsze była skuteczna i nigdy nie zawodziła. Zdawało się, że będzie uderzona czubkiem buta i poszybuje w prawy, górny róg bramki. Tymczasem piłkarz uderzał ją zewnętrzną częścią stopy jednocześnie jakby pocierając. Nadana jej rotacja powodowała, że zataczała w locie łuk w lewo i, nieustannie oddalając się od bramkarza, zawsze wpadała w lewe okienko. Tak miało być i tym razem.
Uderzając piłkę Lato dostrzegł jednak, że bramkarz nie dał się nabrać na jego przebiegły trick. Zdumiał się, gdy golkiper spokojnie przemieścił się w stronę, gdzie leciała futbolówka, prawą ręką wybijając ją w pole.
Latę zamurowało. Ze zdumienia przetarł oczy. Tym uderzeniem pokonywał najlepszych golkiperów świata, doprowadzał do zawałów kibiców drużyn przeciwnych, a tu, po raz pierwszy w jego sportowym życiorysie, broni strzał amator z małego miasteczka. Nie wiedział, co ma o tym myśleć.
Zadrę dosięgnął niski brum pomruku z trybun. Zobaczywszy biegnących - a właściwie płynących ku niemu w zwolnionym tempie - kolegów z drużyny, powstrzymał gestem dłoni i położył się na murawie obok bramki.
Koniec meczu. Kontynuowanie karnych nie było już potrzebne.
- To mój zięć, to mój zięć - szaleje histerycznie na trybunie Kazimierz Buczkowski. - Ale fantastyczna obrona - szturcha łokciem sąsiadującego kibica. - Widziałeś pan? - Był w siódmym niebie. Widział przecież dokładnie, że mocno kopnięta piłka musiała znaleźć się w bramce i jakimś niepojętym sposobem - Robercik, nie, „mój Robert, mój najukochańszy Robert” do tego nie dopuścił. Boże, wybacz mi grzech, że tak go nie doceniałem.
Teść, przed chwilą jeszcze słup soli, w ogromnym napięciu oczekujący na strzał, oszalał. Przeskoczył otaczającą boisko niską barierkę i pędził w stronę bramki, w kierunku swego najukochańszego zięcia. Już nie był on dla niego komputerową łamagą, Robercikiem, ślamazarnym połamętą, lecz tytanem, półbogiem, najwspanialszym mężczyzną na świecie. Dobiegłszy, otoczył go ramionami, jak jaką ukochaną i powtarzał bez końca - Robert, och Robert, mój Robert, mój zięciu najwspanialszy. Dziękuję ci święty Tadeuszu Judo - nie zapomniał o przyrzeczeniu.
Zadra, jednego z pochylonych nad nim współdrużynników poprosił o przyniesienie z szatni jego torby. Gdy po jakimś czasie przyniesiono ją, wyjął zapalniczkę i pstryknąwszy zapalił papierosa. W kilka sekund po tym powróciły normalne reakcje. Zarówno dobiegające go głosy, ich barwa i wysokość oraz tempo ruchów otaczających go ludzi wróciły do normalności. Wstał i uśmiechnął się.
Koledzy, widząc uśmiechającego się Zadrę, chwycili go w ramiona i z okrzykami radości podrzucali do góry. Poddał się bezwolnie ich radości. Gdy euforia zmalała, a może zmęczyli się podrzucaniem osiememdziesieciopięcio-kilogramowego bohatera, rozpoczęły się gratulacje.
- Cholera jasna - burmistrz był wyraźnie podniecony - dokonałeś pan rzeczy niewiarygodnej. Te obrony..., takie jakieś od niechcenia, a przecież skuteczne. Nie wiem, jak pan to zrobiłeś, ale przecież zrobiłeś. Gratuluję, gratuluję, chyba zatrudnię pana na pełny etat - ściskał bramkarskie rękawice, których Zadra jeszcze nie zdążył zdjąć.
Pan Kazimierz Buczkowski, by nikt nie widział, ukradkiem ocierał łzy wzruszenia. Czuł się najszczęśliwszym człowiekiem świata; jego zięć osłodził mu życie, posmarował miodem piłkarską duszę i na stałe, ostatecznie, wszedł w serce. Do składających wyrazy uznania przyłączyli się również sportowi przeciwnicy.
Dura, szczerze i z niekłamaną sympatią spojrzawszy w oczy rywala, powiedział - panie Robercie, gdybym tego nie widział na własne oczy, nigdy bym nie uwierzył. Nie mam pojęcia, w jaki sposób obronił pan mój strzał. Ciągle nie mogę w to uwierzyć, a przecież tak było. Nawet Dida nie dałby rady. Piłkę uderzyłem mocno i udało mi się posłać ją dokładnie w okienko. Zwariować można. Pan bez żadnej tam robinsonady wybił ją. Obronił pan strzał niemożliwy do obrony. Sam już nie mam pojęcia, jak to mogło się stać. A może tylko śnię?- I zaproponował - Zmień pan zawód. Zamiast siedzieć w urzędzie przy komputerze, stań pan na bramce naszego miejskiego klubu, a szybko będziemy mistrzami, może nawet okręgu. Co pan na to?
- Nie wiem. - Zadra był wyraźnie zażenowany. - Być może... Zastanowię się... - Obiecał.
W drodze do szatni goniły go błyszczące spojrzenia juniorów i w ogóle wszystkich chłopców oglądających mecz. Od dziś stał się ich niekwestionowanym idolem. Już nie chcieli być napastnikami strzelającymi bramki. Każdy z nich postanowił, że odtąd będzie bramkarzem, oczywiście takim, który nie wpuszcza żadnej bramki. Nikim innym. Z zachwytem podglądali każdy jego ruch, skinienie ręką, odchylenie głowy. Gdyby były w sprzedaży koszulki z napisem Robert Zadra, nosiliby je na pewno. Co tam nosili, spaliby w nich zamiast w piżamach.
Zaskoczenie i komplementy
W szatni „Stempli” święto. Burmistrz odstrzeliwuje z hukiem kolejne butelki szampana, napełnia puchary zawodnikom - Za zwycięstwo! - W triumfalnym geście wznosi toast. Wszyscy są ogromnie podnieceni sukcesem. Przekrzykują się, śmieją, poklepują Roberta:
- Co tam my, gdybyś brachu nie bronił jak szatan, leże-libyśmy jak neptki.
- Robert, ale ich wyrolowałeś.
- A ten Wyrwas słyszeliście jak się przechwalał? Pieprzył, że rozniesie Roberta razem z bramką.
- Aż mu z nosa wyciekły te przechwałki.
- Wiesz co, stary, pobiłeś w dzisiejszym meczu rekord Jana Tomaszewskiego. On, w 1974 roku, obronił fantastycznie dwie jedenastki w meczu reprezentacji Polski w meczu z RFN, a ty obroniłeś pięć. Od dzisiaj najgenialniejszym polskim piłkarzem wszechczasów już nie będzie on, a ty.
- Bez przesady panowie, nie broniłem na mistrzostwach świata. - Zadra cicho się odezwał. - Udało mi się i tyle. Pamiętajcie, że Tomaszewskiemu nie strzelali tacy amatorzy jak my, ale superstrzelcy, mistrzowie, czarodzieje piłki reprezentujący najwyższy, światowy poziom. To zawodowcy, którzy posiedli wszystkie tajniki, do perfekcji opanowali operowanie piłką. A my? My jesteśmy prowincjuszami, patałachami w porównaniu z nimi. Kopiemy amatorsko od czasu do czasu. Ja stanąłem dziś w bramce po raz pierwszy w życiu. Udało mi się. No i fajnie. Nie twórzcie eposu.
Zadra usiłował bagatelizować zachwyty, nie dając po sobie poznać, że w głębi umysłu gotowało mu się co innego. Owszem, uśmiechał się, odbierał gratulacje, ale głowę zaprzątał stan zdrowia i, jak sadził, halucynacje, którym ulegał. Bał się konsekwencji, których nie umiał przewidzieć i nie rozumiał.
Komendant policji, już w mundurze, zjawił się w szatni przeciwników. Stanąwszy obok Zadry wzniósł toast:
- Wygraliście panowie, ale tak prawdę mówiąc wygrał za was wszystkich ten facet obok mnie. - Objął Zadrę ramieniem - Fakt jest faktem. Liczy się zawsze wynik, a nie gra. Byliśmy lepsi na boisku, bo mamy młodszy zespół, moi chłopcy są sprawniejsi fizycznie od was. Że nie wspomnę o Grzegorzu Lacie, który był w naszym teamie. Teraz żałuję, że dałem się namówić na rozstrzygnięcie karnymi, choć prawdę mówiąc liczyłem, że w każdym wariancie, a zatem i karnymi, wygramy. Ale cóż, stało się. Gratuluję, ale przede wszystkim gratuluję wam wspaniałego bramkarza. No, panie Zadra, bronił pan jak szatan. Wszystkiego najlepszego. - Stuknął się kielichem szampana z byłym, przed chwilą, przeciwnikiem.
Głośna rozmowa, zachwyty, okrzyki, śmiechy radości ucichły na chwilę, gdy do szatni „Stempli” wszedł Grzegorz Lato z senatorem Lisieckim. Podszedł do Zadry i pogodnie, ale z uznaniem powiedział:
- Proszę pana, jestem pełen podziwu i uznania dla pana wyczynu. Strzelałem karne wielu znakomitym bramkarzom świata - szatnia zasłuchana w wyznanie idola polskiej piłki milczała jak zaczarowana chłonęła słowa mistrza. - Zawsze się ma obawy, bo zarówno na egzekutorze jak i obrońcy spoczywa przeogromna odpowiedzialność. W jednej części sekundy jeden, albo drugi, staje się albo bohaterem, albo znienawidzonym fajtłapą, że nie użyję bardziej dosadnych słów. Przyznam uczciwie, że dziś, przed strzałem na pana bramkę, nie czułem podobnych emocji. Byłem pewien swego. Ani przez sekundę nie dopuszczałem czarnej myśli, że nie wbiję panu gola. Nie chcę doprawdy tłumaczyć się przed nikim, że nie jestem z pewnością już tym piłkarzem, Latą przed laty, królem strzelców Mundialu w Monachium, ale też nie jestem, tam do licha, piłkarskim dyletantem. W uderzenie włożyłem wszystkie posiadane umiejętności. To, czego pan dokonał, wprawiło mnie w zdumienie i zakłopotanie jednocześnie. Obronił pan strzał nie do obrony. Spotkałem się na stadionach świata ze zdumiewającymi obronami. Byłem świadkiem cudownych niemal robinsonad, nieprawdopodobnych parad, pan zaś w jakiś niewytłumaczalny dla mnie sposób wybił piłkę w pole jakby od niechcenia.
- Nie wierzę w cuda i nadprzyrodzone moce - kontynuował wyznanie Lato - ale, być może, od dziś zacznę wierzyć. Niezwykle spokojnie, niemalże flegmatycznie obronił pan karne wykonywane przez innych zawodników. Widziałem to na własne oczy. Widziałem strzały moich poprzedników. Pomyślałem: facet ma szczęście, ale też wspaniałe wyczucie, refleks z jakim się nie spotkałem, nie mieszczący się w rozważaniach balistycznych teoretyków.
- Teoretycznie - wtrącił żartobliwie komendant - bąk też nie powinien latać. Tak twierdzą inżynierowie, bo ma za krótkie skrzydełka. Tylko bąk o tym nie wie. Nie zna naukowych teorii i dlatego lata.
- Ma pan rację - uśmiechnął się Lato. - Tak czy inaczej, gratuluję panu - uścisnął serdecznie dłoń Zadry. - Miał się pan stać moją ofiarą. Przed karnym sądziłem, że jestem egzekutorem, okazało się, że byłem w błędzie.
Zadra syknął, bo uścisk dłoni Laty był jak włożenie dłoni w imadło.
- A wie pan, egzekutor - nie zważając na syk bramkarza - to celne określenie dla rzutów karnych, precyzyjnie określające i oddające jednocześnie znaczenie słowa. Pochodzi od wyrazu egzekucja, co znaczy, wykonanie na kimś wyroku. Są dwaj ludzie: skazany i egzekutor. Skazaniec nieodwołalnie jest bez szans, bo egzekutor zawsze skutecznie wykonuje egzekucję. Być może przez pana trzeba będzie wycofać to słowo z użycia.
- Jutro umówiony jestem na spotkanie w Łodzi z serdecznym przyjacielem Jankiem Tomaszewskim, jednym z najwspanialszych bramkarzy świata. Dziś już wyczynowo nie uprawia sportu. Poznawszy jego ciemne strony uprawia ostrą i bezkompromisową publicystykę w łódzkich mediach, bodajże w „Ekspresie Łódzkim”. I, jak to Janek, również w tej dyscyplinie jest wyśmienity. Najlepszy polski bramkarz wszechczasów jest teraz dziennikarskim sumieniem polskiego piłkarstwa, gryzącym i kąsającym wszelkie nieuczciwości sportu. Opowiem mu o dzisiejszych wydarzeniach. Może specjalista rozjaśni mi w głowie, bo przeczuwam, że natknąłem się na przypadek niespotykany, skłaniający mnie do zrewidowania dotychczasowego myślenia. Pan posiada niesamowity refleks - spojrzał na Zadrę - i tak, prawdę mówiąc, winien pan zmienić zawód i przecierzgnąć się w sportowca. Ciekaw jestem reakcji i komentarza „Tomka” - zakończył Lato.
W szatni wybuchła burza oklasków. Lato okazał się wspaniałym, nie zadufanym w siebie bufonem, usiłującym usprawiedliwić się nie strzeleniem gola Zadrze, zasłonić wyimaginowaną niedyspozycją lub zdeprecjonowaniem umiejętności bramkarza. On tymczasem powiedział od serca. Zjednał słuchaczy bezpośredniością i niekłamaną szczerością. Za to pokochali go jeszcze bardziej. Okazało się, że Lato jest nie tylko wspaniałym sportowcem, ale i wspaniałym człowiekiem.
Zadra, zaskoczony niespodziewanymi pochwałami, nie wiedział jak się zachować, jak zareagować To było dla niego zupełnie nowe doświadczenie życiowe. Nie mógł się wyrwać z objęć przyjaciół i nowych wielbicieli, a pragnął jak najszybciej znaleźć się w domu, w swoim pokoju, zamknąć się i spokojnie przeanalizować niecodzienne wydarzenia ostatnich dni.
Podając dłoń bohaterowi spotkania, senator Bogdan Lisiecki, zaprorokował: - Myślę, że ma pan wielkie szanse, by być najlepszym promotorem nie tylko naszego miasta, ale i polskiego sportu, jednym z najsławniejszych w historii naszego grodu, łaskowianinem.
Zadra z uśmiechem zażenowania przyjął życzenia senatora. Gdy wreszcie dwie godziny później usiadł w swoim fotelu, w głowie kotłowała się wichura myśli. Jeszcze raz wrócił pamięcią do zadziwiających wydarzeń sprzed dwóch tygodni.
Piorun kulisty
Był popołudniowy upalny lipiec. Robert siedział przy komputerze, emailował właśnie do profesora ekonomii amerykańskiego uniwersytetu w Seattle, Polaka Kazimierza Poznańskiego w związku z kontrowersyjnie odebraną w Polsce jego książką „Wielki przekręt, klęska polskich przemian”. Robert przeczytał ją i był głęboko poruszony celnością ekonomicznych spostrzeżeń profesora. Zgadzał się z nimi, ponieważ na własnej skórze doświadczył systemowych przemian.
Profesor Poznański przytaczając oficjalne dane Głównego Urzędu Statystycznego pisał, że w 2000 roku Polska jest krajem, w którym 58 procent mieszkańców żyje poniżej minimum socjalnego, 8 procent poniżej minimum egzystencji, na poziomie biologicznego wyniszczenia, 20 procent gospodarstw domowych żyje za mniej niż 50 dolarów miesięcznie, a ponad trzy czwarte Polaków nie ma na przeżycie w miesiącu nawet 125 dolarów.
Badania opinii społecznej przeprowadzone w maju 2000 roku wykazały, po raz pierwszy od 1989 roku, że ponad połowa badanych oceniła, iż przemiany systemu przyniosły krajowi więcej strat niż korzyści. Zadra bez czytania książki wybitnego profesora odczuwał na własnej skórze i widział otaczającą go rzeczywistość.
Był trzydziestodwuletnim zdrowym, pełnym energii mężczyzną, doktorem nauk informatycznych, a od półtora roku bezskutecznie poszukiwał pracy. Był bezrobotnikiem jak jego żona, nauczycielka języka rosyjskiego, zmuszona odejść ze szkoły, dlatego że zlikwidowano w szkołach jego nauczanie.
Po przeszło półtorarocznym, bezowocnym poszukiwaniu jakiegokolwiek zajęcia, miesiąc temu zatrudniono go w magistracie na trzymiesięczną umowę-zlecenie z tak zwanego Funduszu Interwencyjnego. Faktyczny poziom bezrobocia w mieście osiągnął czterdzieści procent zdolnych do pracy, bo w ciągu kilku lat od wprowadzania coraz nowych pomysłów, eufemicznie nazwanych reformami, zlikwidowano większość zakładów pod pozorem ich nierentowności. Nastąpiła seria gigantycznych zwolnień, doprowadzając do ruiny egzystencję większości rodzin miasteczka.
Sytuacja finansowa rodziny Zadrów była gorsza niż zła. Dotknęła ich, spreparowana przez kolejne rządy, bieda. Przez prawie półtora roku oboje nie mieli żadnego stałego zajęcia i gdyby nie pomoc rodziców, zmuszeni byliby szukać pożywienia na śmietnikach. Mimo, iż starannie wykształceni, nikt ich nie potrzebował. Znaleźli się na krawędzi egzystencji. Robert Zadra, posługując się wybornie sześcioma językami europejskimi - francuskim, hiszpańskim, niemieckim, angielskim, rosyjskim i włoskim oraz międzynarodowym - esperanto, zapewne z łatwością znalazłby pracę w którymś z krajów zachodnich, uważał wszakże za patriotyczny obowiązek zdobytą wiedzę i talent pożytkować w kraju rodzinnym. Czuł, że tu potrzebne są jego kwalifikacje, talent, wiedza i zapał. Nikt jednak nie potrzebował jego wysokich umiejętności.
Owszem, trzykrotnie doraźnie zatrudniano go: raz w przetwórni owoców do przenoszenia skrzynek z ogórkami, drugim razem na stacji benzynowej jako dystrybutora nalewającego paliwo do zbiorników samochodów i trzeci raz w hurtowni piwa, w charakterze pomocnika magazynowego. Nie czuł poniżenia pracą, musiał zarobić na chleb dla rodziny, ale do prostych, nie wymagających kwalifikacji zajęć, doktorski tytuł nie był potrzebny. Jego frustracja pogłębiała się z miesiąca na miesiąc.
* * *
Rozmyślanie przerwał dzwonek. Ucieszył go widok matki stojącej w drzwiach. Uścisnęli się serdecznie.
- Proszę, mamusiu. Dobrze, że przyszłaś bo Kasieńka nie może się ciebie doczekać. Dawno nas nie odwiedzałaś - rzekł z wyrzutem.
- Ja też już się za wami wszystkimi bardzo stęskniłam - powiedziała wzruszona pani Helena i serdecznie ucałowawszy syna, objęła wnusię, która z radosnym okrzykiem - psysłaś do mnie babuńciu - rzuciła się w jej objęcia.
Wnuczka, korzystając z przybycia babci, popisywała się i psociła bez umiaru. W jej obecności czuła się bezpieczna. Wiedziała, że babunia na wszystko pozwoli najmłodszej potomkini rodu. Wreszcie skończyło się tym, czym musiało się skończyć; Kasia, dokazując przewróciła wazon z kwiatami wylewając wodę na obrus, ale zanim mama zdążyła się zdenerwować, skryła pupę na bezpiecznych kolanach babuni.
Nieco później, popijając herbatkę, pani Helena poprosiła syna o pomoc: - Robciu, w szklarence na działce stłukła mi się szyba, tymczasem na jutro zapowiadają deszcze. Prosiłabym cię o wstawienie nowej.
- Jutro wstawię, mamusiu - chętnie się zgodził. Od dzieciństwa lubił wszelkiego rodzaju majsterkowanie i do dziś jego pokój ozdobiony był różnego rodzaju modelami samolotów, żaglówek, okrętów, statków. Każdego roku uczestniczył na łaskim lotnisku w pokazach konstrukcji latających, demonstrując własnoręcznie zrobiony model samolotu RWD. Taki, na jakim zginęli przedwojenni polscy piloci, mistrzowie świata, zwycięzcy Challenge‘u w 1932 roku - Franciszek Żwirko i Stanisław Wigura.
* * *
Nazajutrz, zaraz po pracy, wybrał się do ogródka mamy. Wyjął część potłuczonej szyby i przygotował nową. Przyciąwszy nożem szklarskim szkło do odpowiednich wymiarów, zabrał się do mocowania go w ożebrowaniu. Spieszył się, bo z zachodu zbliżał się front atmosferyczny, a błyski piorunów i grzmoty zapowiadały rychłą burzę. Ledwo skończył uszczelnianie, lunęło jak z cebra. Szybciutko skrył się w altance, ale i tak zdążyło go zmoczyć.
Tymczasem na zewnątrz żywioł rozszalał się na dobre. Zerwał się silny wiatr. Ciężkie krople dżdżu jak oszalałe, wściekle atakowały altankę. Pociemniało. Błyskawice raz po raz przeszywały czarne od chmur niebo. Grzmoty nasilały się. Powietrze tak nasyciła elektryczność, że stała się nieomal dotykalna
- Epicentrum dopiero się zbliża - pomyślał, obserwując burzę zza okna. - Domki na działkach nie są wyposażone w piorunochrony - pomyślał z niepokojem. - Żeby tak w mój nie walnęło.
Tymczasem burza przybierała na sile. Błyski piorunów rozdzierały niebo. Z tak przerażającym, o ogromnej mocy zjawiskiem Zadra spotkał się po raz pierwszy w życiu. Ogarnął go strach, poczuł się bezsilny i bezbronny wobec potęgi ataku szaleńczego i nieobliczalnego żywiołu, uzmysławiając przy tym bezsilność i nikłość człowieczej drobiny, nie mającej wpływu na bieg wydarzeń.
W pewnej chwili deszcz ustał. Strugi wody wylewane z nieba jakby ktoś zatrzymał. Szum wściekle walących kropel wody nagle się uciął. Niebo pojaśniało, jedynie pioruny waliły nieprzerwanie.
Zaciekawiony zmianą wyjrzał na zewnątrz. Podszedł do drzwi i je otworzył. Niespodziewanie dostrzegł, w odległości półtora, może dwóch metrów, żółto-pomarańczową kulę wielkości brzoskwini łagodnie i chybotliwie przemieszczającą się wzdłuż ścianki altany. W pierwszej chwili pomyślał, że to istotnie brzoskwinia, ale brzoskwinie nie latają i nie iskrzą jak ta, zmierzająca w jego kierunku. Znieruchomiał z przerażenia i paraliżującego strachu. - Cholera, to chyba piorun kulisty - przemknęło mu przez głowę.
Tymczasem ognista, iskrząca kula, prawie otarłszy mu tors, zmieniła kierunek i łagodnie kołysząc, wpłynęła do pomieszczenia. Okrążyła je dwa razy, obijając się o szyby oraz meble i nagle, zupełnie niespodziewanie, z cichym trzaskiem rozprysła nad jego głową.
W tym momencie w ciało Zadry wbiły się dziesiątki milionów maleńkich, mikroskopijnych igiełek, ciałem wstrząsnął obezwładniający dreszcz, a głowę ścisnęła niewidzialna obręcz. Targnął nim ostry, przeszywający całe ciało ból, po którym nastała ciemność. Stracił przytomność.
* * *
Gdy ją odzyskał, dostrzegł pochyloną nad sobą głowę sąsiada z ogrodu obok.
- O Boże, panie Robercie - z ulgą westchnął - już myślałem, że pan nie żyje. Poznaje mnie pan? Za chwilę przyjedzie pogotowie, bo na szczęście miałem przy sobie telefon komórkowy.
Zadra usiłował sobie przypomnieć ostatnie wydarzenia. Tak, ostatnim widokiem, jaki zapamiętał, była rozpryskująca się pomarańcza czy też brzoskwinia pioruna kulistego. Nadjechało pogotowie. Zadra nadal leżał na podłodze altanki.
- Jak się pan czuje - spytała lekarka, spoglądając uważnie w oczy, badając jednocześnie puls.
Zadra nie odpowiedział. Działo się z nim coś dziwnego i właściwie nie był pewien czy nie śni. Dobiegający go głos lekarki brzmiał nienaturalnie nisko, wibrował niby chrapliwy baryton puszczonej na zwolnionych obrotach taśmy magnetofonowej.
Zauważył też, że poruszała się jakby w zwolnionym tempie. Jej ruchy były powolne i płynne. Patrzył na nią i ogarniało go coraz większe zdumienie.
W jednej z audycji przyrodniczych widział kiedyś leniwce, nadrzewne ssaki żyjące w Ameryce Środkowej i Południowej. Poruszają się ślimaczo i ślamazarnie. Ruchy lekarki przypominały mu właśnie leniwca. Dłoń kobiety powoluteńku zbliżała się do szyjnej tętnicy. Wydawało mu się, że minęła cała minuta, zanim poczuł jej dotyk.
Odwrócił wzrok w stronę okna i ogarnęło go jeszcze większe zdumienie. W odległości może dwudziestu centymetrów zauważył przelatującą pszczołę. Tysiące razy widział te pracowite owady zbierające kwiatowe pyłki. Ruch skrzydełek jest niewidoczny dla ludzkiego oka, tymczasem obserwowany owad prawie nimi nie poruszał. Zadra wyraźnie widział pszczele skrzydełka opadające i wznoszące się w tempie, w jakim ochładza się wachlująca na balu dama. Owad winien spaść, jednak nie spadał. Zawisł w powietrzu. Przypomniał sobie, że oglądał kiedyś film z życia skrzydlatych stworzeń. Najpierw w normalnym locie i potem ripleje w zwolnionym tempie. Teraz spoglądał na pszczołę prezentującą mu riplej, ale przecież nie na ekranie telewizora.
- Albo przeniosłem się do innego wymiaru, być może już nie żyję albo śnię, po prostu śnię - przemknęła mu myśl. - Kiedy wreszcie się obudzę, wstanę, ogolę się i pójdę do swojej magistrackiej pracy. - Zamknął oczy.
Ponieważ nie zareagował na pytanie, lekarka postanowiła: - Zabieramy pana do szpitala na obserwację. Teraz zaaplikuję panu zastrzyk wzmacniający i uspokajający. Poproszę o strzykawkę - zwróciła się do sanitariusza.
- Bezwolnie poddał się ukłuciu, było mu wszystko jedno, czy znajduje się już na tamtym świecie, czy jeszcze na tym.
* * *
Gdy ponownie się obudził, leżał na szpitalnym łóżku. Do prawej ręki sączyła się kroplówka, podłączony był też do jakiejś aparatury sygnalizującej na monitorach stan jego organów. Dyżurująca pielęgniarka, spostrzegłszy przebudzenie pacjenta, westchnęła z ulgą i uśmiechnęła się: - Och, nareszcie znów jest pan z nami.
Melodyjny i sympatyczny sopran siostry uspokajał Zadrę. Jej ruchy też były normalne, nie poruszała się w zwolnionym tempie jak lekarka pogotowia. Dyżurny lekarz, który za chwileczkę się zjawił, również przemówił normalnie brzmiącym głosem.
- No, panie Robercie, wyrwał się pan z dalekiej podróży. Widzę, że najgorsze mamy za sobą. Pana organizm wrócił do normy. Proszę mi teraz opowiedzieć, co się stało?
Zadra opisał doktorowi wydarzenia z działki oraz ostatnie chwile, aż do rozprysku pioruna. Nie przyznał się jednak do, jak sam to określił, halucynacji głosowych i wzrokowych. Uznał, że nie wniosą do diagnozy o jego zdrowiu niczego nowego.
- Miał pan nieprawdopodobne szczęście - lekarz był zdumiony opowieścią. - To z pewnością był piorun kulisty. Zjawisko niezwykle rzadkie i jeszcze słabo rozpoznane przez fizyków, nie mówiąc o tym, że medycyna nie wie nic na temat ich oddziaływania na organizm człowieka. Na szczęście nie był mordercą. Dziś pana jeszcze poobserwujemy i jeśli stan zdrowia będzie stabilny, jutro wróci pan do domu. A teraz niespodzianka, żona z córeczką i mama z teściem czekają na rozmowę. Zdecydowałem, że nie ma przeciwwskazań, by mógł się pan z nimi zobaczyć.
Zapowiedziana czwórka weszła do sali. Choć przed wejściem kobiety starannie poprawiły makijaż, dało się zauważyć, że płakały. Teraz też nie mogły powstrzymać łez, spoglądając na swego ukochanego mężczyznę przyłączonego do szpitalnej aparatury.
- Synku, kochanie moje - załkała pani Helena - gdybym wiedziała, nigdy nie poprosiłabym cię o pomoc. Czy dobrze się już czujesz? - Pogładziła po głowie syna i czule, serdecznie ucałowała.
- Już dobrze, mamusiu. Jutro wypisują mnie ze szpitala.
Ala, żona Roberta, usiłując ukryć wzruszenie zajęła się układaniem bukietu róż przyniesionych mężowi.
Tylko Kasia traktuje wizytę jako rzecz zupełnie normalną:
- Draczego podłączyli cię do komputera, tatusiu - rzeczowo zapytała. Kasieńka wkroczyła akurat w stan przejściowy w wymawianiu „l” i wszystkie wyrazy z tą zgłoską wymawiała teraz z „r”, myliła też „s” z „sz”. Jeszcze kilka dni temu mówiła: „Poplosem moją laleckę”, teraz uroczo zamieniała: „Poproszem moją rareczkem”. Żeby nie było wątpliwości, że potrafi już mówić, jak dorośli i nikt nie przegapił zmiany w jej wysławianiu, oznajmiła rodzicom bardzo poważnie: „Ja już nie jesztem marutka, jesztem doroszła i umiem mówić „rrrrrrrrrr”, jak motorrrrrrek”.
- Podejdź do tatusia skarbeczku i daj słodkiego buziaczka to wyzdrowieję i odłączą mnie od komputera - wyciągnął rękę do córeczki.
Kasieńka przytuliła się do ojca - To ja poczałuję cię dużo raży żebyś szybko wyżdrowiał - i ochoczo rozpoczęła obcałowywanie.
Kiedy kilka minut później do pokoju wszedł lekarz, Kasieńka oznajmiła mu tonem nie budzącym sprzeciwu - Ja dałam tatusiowi buziaczki i teraż już jeszt żdrowy. Niech pan przyniesie buciki tatusia, bo żabieram go do domu.
Wszyscy pogodnie się roześmiali
| |
| » Powrót | |
Komentarze [1]:
| Jastem zachwycona i cieszę się już na ucztę duchową jakiej doświadczę czytając książkę..... |
Aby dodać komentarz, musisz być zalogowany.


