Księga I
O pierwocinach miasta, jego założeniu, niefrasobliwości
mieszkańców i pewnym przedsiębiorczym kmieciu, który
postanowił być szynkarzem.
W środku Polski, w pępku kraju, nad rzekami Pisią, Grabią
przycupnęło miasto małe. Sławne rody gród ten sławią,
od prawieków aż do dzisiaj. Gniazdo herbu Korabitów
person znacznych, w świecie znanych, sławy sięgające szczytów.
Mało dzisiaj kto pamięta, albo wcale o tym nie wie,
o pradawnych Łasku dziejach, czyli jak bywało drzewiej.
Bo pierwotne jądro miasta, swój rodowód, prapoczątek,
na Przylesiu się poczęło - oto mej teorii wątek.
Tyle, że w trzynastym wieku miejsce się Węgliskiem zwało;
tu, miejscowe społeczeństwo węgiel drzewny wypalało.
Lecz, że te miejscowe kmioty behape nie przestrzegały,
tak palili, że spalili domy, las, dobytek cały.
Przenieść się na inne miejsce, rada w radę ustalono.
I gdzie dziś jest miejski rynek swe chudoby przeniesiono.
Miejsce Krowicą nazwano, bo węglarze uchwalili:
- węgla już nie wypalamy, krowy będziemy doili.
Dopiero w XV wieku, na grudziądzkich wodach w Melnie,
król Jagiełło, J. Łaskiemu - za to, że się sprawił dzielnie
pod Grunwaldem bijąc Zakon, miasta założenia prawo,
dał mu. Odcisnął pieczęć królewską, że się okrył sławą.
A więc Anno i Domini, znaczy się Roku Pańskiego,
dokładnie tysiąc czterysta dwudziestego i czwartego,
Łaski dał mieszczanom ziemi aż trzydzieści cztery łany.
Zatem, od tamtego czasu, gród ten jako Łask jest znany.
Król, że hojny był dla mieszczan, dał im prawo do jarmarków,
cech kowali ustanowił, szewców, piwa piwowarków.
Wtedy piwem najsmaczniejszym był browarek z miasta Piątku,
smakowany przez magnatów, ich delikatnych żołądków.
Jednym z kmieci, co dostali prawo gotowania słodu,
był kmieć Walenty Pietrasik. Ten szmal przywiózł gdzieś z Zachodu.
Cztery grosze czopowego, zwanego podatkiem dzisiaj,
wpłacił po to, by założyć wyszynk zwany „U Marcysia”.
Od tej pory już lat pięćset z przechodem się przewaliło,
a sławny wyszynk istnieje, zatem nic się nie zmieniło.
Lecz zostawmy tamte czasy. Wielkie zmiany nam los niesie
i zajrzyjmy do wyszynku na Przylesiu, tuż przy lesie.
Księga II
z której dowiadujemy się co nieco o klienteli szynku,
ich zainteresowaniach i dwóch nierozłącznych przyjaciołach, stałych bywalcach przybytku.
Kiedy wieczór dzień przysłania, słońce chyli się za lasem,
kiedy dzieci już do spania, ojciec zgania w łóżko pasem,
Kiedy ptaki już zamilkły, wymęczone dziennym trudem,
Wtedy w barze „U Marcysia” lokal się zapełnia ludem.
Ludziom niewtajemniczonym, nie wiedzącym co jest grane,
powiem krótko i otwarcie, jest tu piwo, zimne, grzane,
z korzeniami, przyprawami, Staropolskie, Magnum, Warka,
jest Okocim, EB, Żywiec - bardzo dobra polska marka.
Gdzieś o szóstej, może siódmej, kwiat Przylesia lokal wita,
zaspokaja swe pragnienie, piwem syci się do syta.
Kazio Pruski, sącząc Magnum, na mięśniaków patrzy hardo,
kpi prześmiewczo i docina intelektu halabardą.
Jest Wojczyszyn, z żony Raczko, macher od rowerów znany,
lecz nie siadaj z nim do brydża, bo masz wieczór przerąbany.
Piotrek Henke zaś namiętnie rzuca lotką nieustannie,
Tolek „Bocian” łypie okiem - nie przepuści żadnej pannie.
Nagle w barze się przejaśnia, jest do brydża facet trzeci,
Iwanów się w drzwiach pojawia i łysinką jasno świeci.
Czwarty wkrótce drzwi otwiera, okiem toczy dookoła:
- Siadaj, Zbyszek! - Kazik ręką przywołuje go do stoła.
Więc i ja - wietrząc przygodę - jako kibic się przysiadam,
do stolika brydżowego, gdzie kart zacznie się biesiada.
Rozpoczyna się celebra: tasowania, umawiania,
uzgadniania konwenansów, sposobów robra wygrania.
Jest skompletowana czwórka: Jarek, Maniek, Kazik, Zbyszek,
talie kart roztasowują. Jarek już w notesie pisze,
kto z kim będzie tworzyć tandem, choć wiadomo wszystkim, wszędzie,
że choćbyś go wołem ciągnął, z Pruskim w parze nie usiędzie.
Kolegują się od dawna, nawet z sobą się przyjaźnią,
jak ich psy jednakiej rasy. Lecz gra wspólna wielką kaźnią
jest dla tego i tamtego. Rober strasznie ich odmienia,
dają spektakl, przez nikogo w barze nie do powtórzenia.
A zaczęło się niewinnie, powiem prościej - wprost banalnie,
Kazio w trefle się odzywa, a tu Jarek jak nie walnie
talią kart, że się rozprysła; na partnerów pofrunęła.
Ty baranie - wrzasnął Jarek - skąd się myśl u ciebie wzięła,
aby w trefle licytować? W piki, piki, piki, chłopie!
Jak cielęciu na granicy, tłumaczyłem ci jełopie,
wyjaśniałem gry zasady, co to wist, co gra w bez atu,
wyjście, kontra i rekontra, Acol, lewa, negat, statut!
Kiedy odwrotnie wistować, kiedy grać w starsze kolory,
jak masz asy pokazywać, otwarcia stawiać zapory.
Tego było już za wiele jak na koleżeński kontrakt
Kazik ostro zripostował, również nie zważając na takt.
Prawdy parę słów powiedział nie hamując słów lawiny,
użył zwtotów na ch. i k. określających dziewczyny.
Długo jeszcze się kłócili. Z trzy miesiące - jak wieść niesie -
aż z tej kłótni dwóch przyjaciół, radochę miało Przylesie.
Wszakże wróćmy do stolika. Spójrzmy jak kto dziś wistuje,
jak kontrakty im wychodzą, kto kogo przelicytuje?
Cóż. Gra toczy się spokojnie. Nikt nikogo nie obraża,
Pas, pas, pas, cicho dobiega. U każdego kart jest plaża.
Ponieważ gra jest niemrawa, jakoś wlecze sie ospale,
rozejrzyjmy się dookoła i rzućmy okiem na salę.
Księga III
Kilka słów o telewizorni, której bywalcy i tak nie oglądają oraz o przecudnej wprost urody blond bestii,
bellissimej Krysi Przylesiance.

Telewizor pod sufitem.
Amerykańskie banały,
ćwierćinteligenckie bzdety wszystkie grają dziś kanały.
Motyw filmów jest jednaki, dziwka, murzyn, narkotyki,
pościg, spluwa, seks, więzienie i zabijanych okrzyki.
Napad na bank i bez sensu mordowanie dla pieniędzy,
gwałt, agresja i miliarder, slumsy i rejony nędzy.
Bym nie skretyniał doszczętnie, patrząc w tę produkcję z usa,
wzrok odwracam, gdzie przy stole, siedzi oczu mych pokusa.
Włoski blond, oczka zielone. Grzywką, niby-to niedbale,
rzęsy skrywa filuternie. Rączką, niby-to ospale,
grzywkę tę ciągle odgarnia. Przeciągając się leniwie
pełnym biustem zafaluje. Niby mózg po Warce, piwie.
Nie ukrywam, śnię po nocach wśród zachwytów i osłupień,
albo mówiąc wprost, po męsku: marzę o jej zgrabnej pupie.
A ma zgrabną, daję słowo, nie ma tu żadnej przesady.
W nocy nie śpię, w dzień zaś marzę, po prostu - nie daję rady.
Lecz - niestety - szanse marne mam do seksu tego skarbca.
Czujny mąż Krysi pilnuje, ja zaś gram już rolę starca.
A więc marzę patrząc na nią, w złoto włosów zapatrzony,
i tak myślą grzeszę sprośnie - jak seks zdobyć zastrzeżony?
A tu cerber, jej mąż - Jurek, szef Euroconsulting z o.o.
zazdrośnie lustruje samców. Czujnym okiem patrzy wkoło,
czy się który nie przystawia do Krysi, Sezamu seksu,
najwyższej jakości ISO, jak niegdyś towar z Pewexu.
Męczy biedak się niezmiernie. Jeszcze się nabawi stresu:
tu na żonę patrzeć czujnie, tam pilnować interesu,
tu Wedlowi coś doradzić, w Polmosie ceny ustalić,
w Gdańsku rafinerii pomóc, by się nie zaczęła palić.
Ja mu mądrze coś poradzę: by usunąć stresu skutki,
zamiast Polomosowi radzić, niech wypije jego wódki,
potem niech na skarb swój spojrzy i sto razy niech powtarza
- nic dwa razy się nie zdarza, nic dwa razy się nie zdarza.
Księga IV
Pojedynek czterech wielkich mistrzów darta, którzy chcą trafić tam, gdzie akurat lotki nie latają.
Patrzę w prawo, gdzie na ścianie wisi przy damskim wucecie
tarcza do rzucania lotką, sport pubowy w całym świecie
uprawiany przez facetów z wprawną ręką. Bez zmrużenia
trafiającym w środek tarczy, lub gdzie zechcą, bez wątpienia.
Tomek Hajdukiewicz pierwszy - dzieci wielce kochający -
smakosz piwa, chłop przystojny REDDE firmę prowadzący.
Uginając rękę w łokciu, ciałem w przód, tył balansując,
puszcza lotkę śmiałym lotem, wargi przy tym oblizując.
Tnąc powietrze i furkocąc bystro mknie do celu lotka,
lecz jak wszystkie jej siostrzyce, jest ta trzpiotka wprost idiotka.
Zamiast trafić tam gdzie trzeba, no, na przykład w pięćdziesiątkę,
tuż przed celem na złość skręca, uderzając w trójkę, piątkę.
Tomek łapie się za głowę: niesprawiedliwość dziejowa!
Lecz koledzy, od rzucania, twierdzą: gra jest prawidłowa!
Następny mistrz się szykuje. Rozwadowski - kleine, fajne.
Ten w Austryi szkolił rękę, u Frau Gerda Madeleine.
Na pierwszy rzut oka widzę, że to szkoła jest zachodnia;
przeciwnicy w krótkich majtkach, on w porządnych, męskich spodniach.
Ze spokojem lotkę bierze, delikatnie, czule pieszcząc.
Nagle - błysk! Dźwięk przekraczając, w cel uderzył lotki brzeszczot.
Adept eine Madeleine wietrząc już sukcesu chwałę,
łyk browarku w gardło wlewa. Wie, że przeciwnicy małe,
raczej nikłe, szanse mają. Ale spójrzmy - oto w rękę
inny mistrz lotkę przymierza. To sam Wielki Piotrek Henke.
Na nonszalancji polega jego zwodnicza taktyka,
od niechcenia jakby rzuca. Czuje się rękę praktyka.
W finezji jego sposobu teoria ma swój początek.
hiperbola, parabola. Czuję tu nauki wątek.
Rzucił. Lotka lekkim łukiem cichutko do celu zmierza,
jak było do przewidzenia w sześćdziesiątkę wprost uderza.
A że to był rzut ostatni gra wydaje się skończona,
więc podchodzę do bufetu gdzie urzęduje Ilona.
Księga V
Krótka pochwała wody ognistej, najważniejszego napoju
w życiu prawdziwego mężczyzny.
Małą wódkę bardzo proszę, patrząc w jej czarne oczęta,
nie wymieniam marki wódki, bo Ilona już pamięta,
że siwucha mi smakuje tak, jak żaden inny trunek.
Ja oceniam, że najlepszy to alkohol na frasunek.
Do siwuchy, sok tomato w kolorowym kartoniku
jest najlepszy - daję słowo - wiele lepszy od toniku.
Ma zaletę tę wspaniałą, że alkohol absorbuje,
i gdy kielich wleję w gardło, natychmiast się dobrze czuję.
Dobroczynność alkoholu, jego wpływ zdumiewający,
ma na głowę wpływ ogromny, umysł wprost rozjaśniający.
Zauważyłem już dawno, jak procenty procentują:
gdy już w mózgu się zagnieżdżą, to, go, wprost - regenerują.
Potwierdzenie mej teorii na empirii się osadza.
Każdy, kto choć raz go użył, wie że nic tu nie przesadzam.
Kiedy walniesz sobie lufkę, poprawiając drugą, trzecią,
mroczny dotąd mózg jaśnieje. To procenty go tak leczą.
Księga VI
Genialne wypowiedzi polityczne supermózgów na dopingu etylowym, w sprawie naprawy zepsutej Rzeczypospolitej.
Tę genialną teoryjkę poprę przykładem stosownie,
aby ktoś mi nie zarzucił, że bełkocę gołosłownie.
Otóż, któregoś wieczoru, po piwie wziąwszy na głowę,
przy jednym stoliku siadło towarzystwo doborowe.
I, jak zwykle, w towarzystwie, każdy paple bez umiaru,
ble-ble, ple-ple, ble-ble, ple-ple, treści mało, dużo czaru.
Lecz po ósmej butelczynie, towarzystwo się rozkręca,
zaczynają dyskusyją, nad polityką się znęcać.
Co tam panie w polityce? - rzuca ktoś mądre pytanie.
Wszyscy zaczynają mówić. Każdy zna odpowiedź na nie.
Kazio Pruski, facet mądry, co z „Wyborczej” wiedzę czerpie,
autorytatywnie stwierdza, bo „Wyborcza” wie najlepiej:
„Chłop leniwy jest... i chciwy, pracy ciężkiej wciąż unika,
wiem to stąd, że sam widziałem i czytałem u Michnika.
Zboże zamiast w chleb zamienić lub rozdać biednym Rumunom,
na tor żyto wysypuje i wciąż tęskni za komuną.
Sam się na wsi urodziłem, hodowałem trzy króliki,
znam więc wieś, chłopów wykręty. Poznałem ich wszystkie triki.
Ja, bym wszystkich sieczkobrzęków, posłał na obcą planetę!”
- Tak to mądrze Kazio ujął, po czym walnął sobie setę.
„Ja się generalnie zgadzam - wtrącił się Mariusz Iwanów -
ale zboże darmo dawać i uszczęśliwiać Cyganów?
Gdy do Unii już wejdziemy, los nam szybko się poprawi,
żabami i ślimakami Unia Polaków wybawi.
Dość mam placków kartoflanych! Dość kapusty i schabowych!
Precz z pyrkami, zalewajką! Żądam zup i dup odnowy!
Mac donalda życzę sobie, frytki albo hamburgera,
budyń marki doktór Őetker, potem lody od Schöllera.
Jestem za tym by w Europie wieś była sobie spokojna.
W Polsce niech się kmioty biją, niech się zacznie jakaś wojna.
Dopłat żądają do zboża, do pszenicy i tuczników?
A pieniędzy? Całe fury kryją pod grzędą w kurniku.
Ja rozumiem, chłop francuski, holenderski, duński, włoski,
zasłużył sobie na forsę. Ale nasz leniwy polski?
Czego w dupie mu brakuje, kwiatka szuka do kożucha?
Lepiej by na snopku usiadł, mądrych rad Buzka posłuchał.
Po przemądrej tak, tyradzie, w której krzty nie było wody,
sięgnął ręką po browarek, przepijając dla osłody.
A ja jestem za Żydami - Kazio temat nagle zmienia -
przecież mamy wiele rzeczy Żydom do zawdzięczenia.
Jest to nacja zabiedzona, ubożuchna jak mysz polna;
potrzebuje wsparcia, serca, by do handlu była zdolna.
Pi- pi- pisał Mi- Mi- Michnik, że na Żyda Polak pluje,
że Ży- Żydów poniżają, okrutnie się ich traktuje.
Widzę, że niikt tu nie pojmie, nie zrozumie mej miłości,
jak ja z serca wielbię, kocham - żydowską Unię Wolności.
Wreszcie jasno zdeklaruję; i nie robię tego z wstydem -
„Nie chcę wiecej być Polakiem! Od dziś jestem czystym Żydem".
Wnet penisa dam obrzezać, myckę se na głowę włożę,
dobry biznes zaplanuję albo handełek otworzę.
Do bóźnicy sznel popędzę, Jahwemu zapalić świcę;
przedwojenne hasło krzyknę: Nasi - sklepy! Wam - ulice!
I tak ględzą bez umiaru Jadzie, Zosie, Jurki, Marek,
wciąż na nowo odkrywając: proch i galaktyki stare.
Hermetycznie zlutowane, mózgi wódą przeczyszczone,
kończyć mają zamiar wielki, to co dawno już skończone.
Księga VII
O superpolityku, czerpiącym natchnienie z wieprzowiny i wołowiny czyli o geniuszu godnym rzeźnickiego Nobla.
Pośród ciżby polityków, reformatorów motłochu,
bryluje geniusz mądrości, nowy wynalazca prochu.
Chłop postury raczej marnej, ale za to wielki duchem,
o ambicjach burmistrzowskich. Ten nie gada z łapiduchem.
Jak sam twierdzi, lecz kto to wie, jest wysoko ukształcony,
akademii, uniwerków z siedem chyba ma skończonych.
I jak przedtem powiedziałem chociaż małej jest postury,
na rozmówców i słuchaczy - chociaż dołu - patrzy z góry.
Wurstem, kiełbasą handluje, salcesonem, szperką, szynką,
czarnym, białym, pasztetową, wszelakiej maści wędlinką.
Lecz podroby od Mazura są nie tylko smaczne, śliczne,
nawet kaszanka od niego, ma posmaczki polityczne.
Preferuje wyrób koński, bo ten kolor ma czerwony,
lecz by trafić do klienta podrobi go na zielony.
Ba! Na czarny lub niebieski wyrób podbarwić jest skory,
czujnie bowiem obserwuje politycznych zmian kolory.
Księga VIII
O rowerołazach i skałkołazie
Lecz nie tylko polityka pasją wielu jest bywalców,
jest tu kilku chalengerów, championów stalowych palców.
Skałki lubią, skałki wielbią, skałki najbardziej kochają,
w każdą wolną chwilę, wekend, z góry w dół je przemierzają.
Albo może z dołu w górę pną się uparcie, wytrwale,
nie darując żadnej z ziemi, z niziny wyrosłej skale.
Niekwestionowanym mistrzem, autorytetem największym,
od wspinania się po górach jest Mariusz Iwanów. Pierwszy
wśród Przylesian skrabacz górski. Niestrudzony znawca pionu,
nieulękły górołazik, nienawidzący poziomu.
Po przyfabrycznych kominach dla relaksu spaceruje,
a gdy spacerem się znuży, malując je konserwuje.
Nie ma lęku wysokości i słabości do śliskości,
nie rajcuje go lecz złości, uwielbianie poziomości.
Wizję taką mam proroczą: Na kominie Mariusz siedzi
i jak święty Szymon Słupnik prorokuje wśród gawiedzi.
Do wspinaczki ich namawia, w skałki, Alpy, Himalaje,
twierdzi, że błogosławionym, świętym, każdy skałkowicz się staje.
Również Jarek i Agnieszka - z domu Raczko - z Szymkiem, synem,
Wojczyszynowie z Dębowej, wolą góry niż nizinę.
Modyfikując wspinanie, rowerami pokonują
niezdobyte dotąd szczyty, liną się asekurując.
Tę metodę niecodzienną - rowerem wjeżdżać na skałki -
Szymon odkrył, rozwiązując contangensy oraz całki.
Skałkolubiąc rowerują, szymkomierzem góromierząc,
skałkoszprychem migotając, w szczytoluby mocnoosiępnąc.
Księga IX
O gościach wyszynku ich strukturze i przekroju
społecznym, ich zainteresowaniach oraz wąsie Marcysia
spełniającym każde życzenie klienta.
Tak więc w pubie „U Marcysia” kalejdoskop spotkasz ludzi,
dużych, małych, chudych, grubych i tych co nie piją wódzi.
Również tych co chleją setnie, bez umiaru i bez końca,
w mordę lejąc bezlitośnie wódę, aż do wschodu słońca.
A smakoszy piwa ilu, dziennie tutaj się przewija?
To kiperzy, chmielu spece, nie zalewający ryja.
Zawołanie ich szlachetne nie brzmi tak jak zwykły banał
Oni hasło szczytne wznoszą: „Piwo z rana, jak śmietana”.
Więc przychodzą tu klawisze, policjanci, tłum murarzy,
burmistrz zajrzy na minutkę i sportowcom przyjść się zdarzy.
Dziwka, złodziej i redaktor wpadnie chociaż na minutkę,
pizzę, frytki skonsumuje, pod muzyki swojską nutkę.
Jeśli swojska, polska nuta, baranowi nie pasuje,
to mu Marcyś heavy metal lub kretyński rapp serwuje.
Na bandoneonie tango może puścić argentyńskie,
smutne, skoczne bądź liryczne lub jakieś rytmy murzyńskie.
Księga X
O tym jak nauczyć się jeździć na rowerze naciskając pedał bębna.
Powinienem rzec też słówko - jeśli o muzyce mowa -
o wybitnym perkusiście. Wspomnieć muszę choć trzy słowa.
Czy grać umie? Tego nie wiem. Nikt nie widział go z werblami;
on sam twierdzi, że jest mistrzem od trzęsienia bongosami.
Nie przesadzę jeśli powiem i to fakt jest oczywisty,
proszę przyjrzeć się uważnie - on ma usta perkusisty.
Umiejętności bębnienia posiadł jeżdżąc na rowerze.
Ludzie w to powątpiewają, ale ja mu szczerze wierzę.
Proszę tylko zauważyć, że w każdym welocypedzie,
ale również w każdym bębnie - choć na bębnie się nie jedzie -
trzeba ruszać pedałami. Żeby bębnić albo jechać
trzeba mieć inteligencję w nogach i pedały kochać.
Nasz bohater bębny kocha, szprychą rowerową błyska
czasem konferansjeruje. Kto to? Wiecie? - Andrzej Syska.
„Tour de Łask and okolice” gotów jest nam zafundować,
albo „Giro sur Przylesie” jako impreza światowa.
Jego pomysł nowatorski nudę w peletonach przerwie
miast siodełka do siedzenia, Syska zamocuje werbel.
Księga XI
O niebezpieczeństwie seksu.
Jeszcze o jednej kobiecie przychodzącej tutaj stale,
wspomnieć muszę i opisać. Określa się - Femme Fatale.
Sama sobie takie miano wymyśliła i ochrzciła.
Nie wiem ile w tym jest prawdy, bo jest raczej mądra, miła.
W przerwach robrów, rozdaniami, rzadko jakieś słowo wtrąci,
niby bez kokieteryji, wszakże chłopom w głowach mąci.
Zamąciła już Romkowi, teraz Kazio stracił głowę;
gotów się w jej łono wczepić i kosmyki pieścić płowe.
Lecz nie tylko tych dwóch panów w Femme Fatale parol zagina,
Zbyszkowi też zamieszała fiatem jeżdżąca Halina.
Bym i ja nie stracił głowy dla tej, z Kolumny, dziewczyny
biorę miłość hamujące trzy anty-seks witaminy.
Wiem, że ma też na nią chrapkę Jurek - pedagog sportowy,
siłą tryska, seksem sika, bo to chłopak jurny, zdrowy.
Choć niedawno został tatą nadskakuje małolatom.
Dziwne mi się więc wydaje oraz bardzo niesłychane,
że ckni za seksem dojrzałym. To doprawdy podejrzane.
Księga XII
Nieskończony finał. Cdn. wkrótce, ale nie wiadomo, kiedy.
I w ten sposób ma opowieść zbliża się do krańca brzegów.
Opisałem w niej serdecznie bliższych i dalszych kolegów,
znanych dobrze i lubianych, z bardzo dawna lub od dzisiaj.
Za sto lat niech ktoś przeczyta, co się działo „U Marcysia”.
Jedno pewne jest natomiast: w poemacie mym genialnym,
opisałem wydarzenia w sposób zgoła niebanalny.
Jeśli jakiś mądry krytyk mą poezję skrytykuje,
odpowiem mu wprost i krótko: niech mnie w d... pocałuje.
Właśnie w tym szynku byłem,
i wódkę, siwuchę piłem.
Po brodzie mi ociekało,
w portfelu nic nie zostało.
Żartom tym bieg wartki nadał,
facet co wierszami gada:
pewien żartowniś z Przylesia
mający duszę obwiesia,
nie lubiący bubków, głupków,
smutasów i innych dupków.
Jan Fabisiak
Łask, Przylesie, 1997 |