| [Dodano 06.05.2007 - 14:41 przez fabjan7] [Wyśw.: 2303] [Koment.: 0] | |
| Wygląda na to, że burza w szklance wody, wywołana abdykacją marszałka Marka Jurka powoli zaczyna przycichać. Po długich i – co tu ukrywać – bezowocnych naradach w PiS, kogo by tu wystawić na Marszałka Sejmu – premier Kaczyński 26 kwietnia o 9 wieczorem ogłosił wreszcie nazwisko wybrańca: Ludwik Dorn. | |
Okazuje się, że Ludwik Dorn przekształca się w instytucję, swego rodzaju rezerwę kadrową PiS na nieprzewidziane wypadki. Początkowo bowiem w charakterze faworyta wymieniano Pawła Zalewskiego.
Kandydatura ta została jednak dość przychylnie potraktowana przez media, co w wielu obserwatorach wzbudziło wątpliwości, czy w takim razie Zalewski ma jakiekolwiek szanse. Te wątpliwości wkrótce się potwierdziły, bo wkrótce pojawiło się w obiegu nazwisko pani Aleksandry Natali-Świat.
Ale i jej nie było sądzone zostać ostateczną faworytą, bo zaczęto mówić i o Zbigniewie Wassermannie, ministrze-koordynatorze służb specjalnych. Jakby tego było mało, pojawiły się też pogłoski, jakoby Abp. Michalik namawia Marka Jurka, by poszedł do Canossy. Pośrednio potwierdzały je deklaracje premiera, że jeśli Jurek wróci do PiS, to wszystko jest możliwe.
Na to zareagowała gniewnie Samoobrona, że nigdy w życiu! „Banda nie przebacza, kula jest zapłatą” – bo przecież marszałek Jurek zapodał był Samoobronę do Trybunału Konstytucyjnego z powodu weksli, które wicepremier Lepper z iskrami tryskającymi spod zgrzytających zębów właśnie pozwracał. Najwyraźniej jednak Marek Jurek do Canossy nie poszedł, więc nie było innej rady, jak zmobilizować Ludwika Dorna.
„Tak czy owak – sierżant Nowak” – mawiało się za moich czasów w kołach wojskowych. Najwyraźniej nie było innego wyjścia, jako że minister Wassermann zaczął mieć inne zmartwienia.
Oto bowiem w środowy poranek do domu Barbary Blidy, byłej posłanki SLD, a w swoim czasie również szefa Urzędu Mieszkalnictwa i Rozwoju Miast weszła ekipa Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego w celu przeprowadzenia rewizji, a następnie zatrzymania pani Blidy pod zarzutem podejrzenia o grube łapownictwo.
Według sporządzonych później raportów, pani Barbara poprosiła agentów, by pozwolili jej na chwilę do łazienki. Tam zaś, na oczach zaskoczonej funkcjonariuszki, miała wyjąć ze schowka rewolwer i strzelić sobie w pierś tak nieszczęśliwie, że zginęła niemal na miejscu.
Kiedy tylko wieść o tym z szybkością płomienia dotarła do Sejmu, ten zaraz uczcił nieboszczkę minutą ciszy, a potem, z inicjatywy posłów SLD, urządził na jej cześć coś w rodzaju akademii – oczywiście w stylu przełomu III i IV Rzeczypospolitej. SLD wespół z Platformą Obywatelską prześcigały się w oskarżeniach pod adresem ABW, że Barbarę Blidę „zaszczuła” (poseł Martyniuk), ministra Wassermanna, ministra Ziobry, rządu i IV Rzeczypospolitej, której symbolem jest „kominiarka” (posłanka Piekarska) i która „ma krew na rękach” (poseł Cezary Grabarczyk) – słowem – lały się potoki słów potępienia „narodowo-katolicko faszystowsko-bolszewickiego” reżymu braci Kaczyńskich, którzy „muszą odejść”.
Przy okazji objawił się interesujący fenomen socjologiczny, że oto na naszych oczach, pod osłona demokratycznej retoryki, zdążył się uformować stan szlachecki, reagujący identycznie, jak w epoce zabójstwa przez krakowskiego płatnerza Klemensa wojnickiego kasztelana Andrzeja Tęczyńskiego. Przyjaciele zabitego ułożyli wtedy rodzaj ballady, która pod nazwą „Pieśni o zabójstwie Andrzeja Tęczyńskiego” stała się pomnikiem literatury polskiej.
Przyjaciele Barbary Blidy niestety potrafią tylko miotać wyzwiska, z czego żaden literacki pomnik, ma się rozumieć, nie powstanie, ale nie o to chodzi, tylko o to, że z powodu tego samobójstwa poruszone zostały wszystkie Moce demokratycznego państwa prawnego.
„Biednego by tak nie chowali” – powiedziała jakaś kobiecina na widok konduktu pogrzebowego Stefana Żeromskiego. Coś jest na rzeczy i teraz, bo nie tylko szef ABW został odesłany na urlop, ale nawet Rzecznik Praw Obywatelskich zażądał „wyjaśnień” i zlecił jakieś „badania”.
Wyobrażam sobie, jak min Żiobro musiał rugać szefa ABW, że owszem, mógł trochę postraszyć panią Blidę, ale nie postraszyć śmiertelnie! Za to dygnitarze SLD z pewnością na wieść o tej śmierci odetchnęli z ulgą, ze przynajmniej ze strony pani Barbary nie grożą im już żadne niespodzianki.
Jednak ten wypadek pokazuje, że periculum in mora, więc tylko patrzeć, jak Wielka Nadzieja Białych w osobie Aleksandra Kwaśniewskiego powróci na polityczna scenę na czele Ruchu Obrony Zdobyczy III Rzeczypospolitej. Już tam i konfidenci i aferzyści i pożyteczni idioci plotą w ukryciu powitalne girlandy i komponują transparenty, podczas gdy „drogi Bronisław” zadbał o zapewnienie odpowiedniej atmosfery na odcinku międzynarodowym.
Ogłosił był mianowicie, że „odmawia” złożenia oświadczenia lustracyjnego i wyraża pewność, że wbrew przepisom ustawy, jego europoselski mandat „nie wygaśnie”. Na takie dictum lewica Parlamentu Europejskiego we wzorowym, stadnym odruchu wyraziła solidarność z prof. Geremkiem w obliczu męczeństwa zgotowanego mu przez „haniebny” reżym Kaczyńskich, a Daniel Cohn-Bendit w histerycznych wrzaskach potępił „stalinowskie metody” polskiego rządu.
Wszystko zatem jest już powoli dopinane na ostatni guzik, kto wie, czy nie z rodzajem apoteozy pani Barbary, co byłoby odpowiednikiem „santo subito” w tworzącej się właśnie nowej, świeckiej tradycji.
Stanisław Michalkiewicz, www.michalkiewicz.pl | |
| » Powrót | |
Komentarze [0]:
Aby dodać komentarz, musisz być zalogowany.


