| [Dodano 22.05.2007 - 23:48 przez fabjan7] [Wyśw.: 2388] [Koment.: 0] | |
| Polska rozłożyła nogi i czeka na amerykańskie rakiety. | |
Strach oczy ma wielkie, Iran rakiety jeszcze większe. Jak nie ma, to będzie miał. Trwa desant podkomendnych Busha na Europę. Mają przeforsować projekt budowy instalacji broniących USA przed wyimaginowanym atakiem. Presja przebrana za perswazję zapewni sukces: ukojenie obsesji Waszyngtonu obawiającego się napaści islamskiego Iranu i czerwonej Korei. Wysłannicy Busha pracują nad tym w centrali NATO, centrach UE, w Pradze i Warszawie. Rękę z gałązką oliwną wyciągają w stronę Moskwy, ale nieufni Moskale obawiają się drugiej ręki schowanej za plecami.
44 rakiety przechwytujące na Alasce i w Kalifornii mają obronić Stany od zachodu, zabezpieczenie wschodniego wybrzeża powierzono 10 rakietom przechwytującym w Polsce i stacji radarowej w Czechach.
Amerykanie wciąż nie mogą się zdecydować, czy przekonywać Europę, że te rakiety obronią ją przed napaścią Iranu, czy dać sobie spokój z fikcją i przyznać otwarcie, że chodzi o bezpieczeństwo USA.
NATO musi pogodzić się z tym, co sobie Ameryka umyśliła, bo nie ma możliwości weta. Ambasador USA przy pakcie Victoria Nuland obiecuje, że Stany będą informować NATO o „znaczących decyzjach”, ale nie należy oczekiwać żadnych „deklaracji publicznych”. UE kapituluje obawiając się pogłębienia rozłamu na frakcję zachodnią i proamerykańską wschodnią. Plany Unii – negocjowanie jednym głosem z USA i utworzenie wspólnej obrony antyrakietowej – muszą pójść w odstawkę.
Z Rosją nie idzie tak łatwo. Po zerwaniu przez USA układu ABM i złamaniu obietnicy o nierozmieszczaniu amerykańskich systemów uzbrojenia na terenach byłego Układu Warszawskiego nie wierzy ona Stanom. Waszyngton skonstruował fasadę usprawiedliwiającą twierdzenie, iż robi, co może, by przekonać Moskwę, że jej nie zagraża. Urzędnicy Pentagonu spotkali się z Rosjanami 17 marca; 3 kwietnia w Rosji pojawiła się delegacja z USA z misją przekonywania o dobrodziejstwach tarczy antyrakietowej. Rumsfeld dwukrotnie przekonywał Sergieja Iwanowa. Wszystko na nic, Rosja jest nieprzejednana. Amerykanie biadają, że jest uparta jak osioł i neguje fakty. Ale nawet Niemcy – jak pisze „Der Spiegel” – potwierdzili, że postawa władz rosyjskich nie jest irracjonalna: informacje dostarczane przez USA są mętne, fragmentaryczne i budzące podejrzenia co do rzeczywistych intencji.
Amerykanie wiedzą, że będą musieli włożyć pewien wysiłek w stłumienie oporów Czechów. Propozycję budowy stacji radarowej przedstawiono oficjalnie dopiero kilka godzin po objęciu władzy przez nowy centroprawicowy rząd. Obiecuje się zniesienie wiz, w lipcu z akcją propagandową do Pragi ma przybyć Bush. Podczas rozmów w Czechach dowódca Agencji Obrony Przeciwrakietowej gen. Obering zapewnił, że jeśli okaże się, iż niebezpieczeństwo ataku z użyciem rakiet balistycznych nie istnieje, stacja zostanie rozmontowana.
Podobnych zapewnień nie uznano za konieczne oferować Polsce; nie słychać, by Bush wybierał się do Warszawy rozwiewać wątpliwości obywateli przywiślanego kraju. Przyjedzie pogadać z Kaczyńskim. Potem Kaczyński ma pojechać do Waszyngtonu, pewnie dać się poklepać po plecach za „job well done”. Liderzy kaczej koterii przypuszczalnie zdają sobie sprawę, że strategiczna użyteczność rakiet przechwytujących jest dla ich Rzeczpospolitej żadna. Chodzi tylko o wasalstwo? Shannon Kile ze sztokholmskiego International Peace Research Institute stwierdza, że pracownik ambasady polskiej w Szwecji powiedział anonimowo, że celem Kaczyńskich jest doprowadzenie do bilateralnego paktu obronnego z USA poza ramami NATO; Amerykanie mieliby się zobowiązać do obrony terytorium powietrznego Polski przez dostarczenie broni naziemnej i myśliwców. Kaczyńscy mogliby wówczas bezkarnie oszczekiwać Rosję zza pleców USA i rejtanić na forum UE kontynuując dotychczasowe dokonania. Trudno uwierzyć, że ktoś może ulegać takim mrzonkom: Stany wystąpią zbrojnie przeciw Rosji w obronie prowokacyjnych zaczepek i tromtadracji polskich nacjonalistów.
Nawet gdyby Kaczyńscy mieli jakieś rozsądne postulaty do negocjowania, to doprowadzenie do ich realizacji nie jest realne, bo nie mają wśród swych ludzi nikogo zdolnego kompetentnie rokować z Amerykanami występującymi zawsze z pozycji siły.
Może byłby do tego zdolny znający anglosaską mentalność Radek Sikorski, lecz już go nie ma właśnie dlatego, że był zdolny, ergo niedostatecznie uległy. Jak zawsze Amerykanie dopną swego. Polacy dostaną kolejną porcję poklepów i frazesów. Nie będą nas – jako rozbijaków i włazidupców – traktować dobrze na forum UE (oby odium i ostracyzm spadły tylko na prawicową sitwę), a Rosja będzie robić swoje nie zważając na brzęczącą polską muchę. Tyle zyskamy na dealu z Bushem.
W informacjach i komentarzach o tarczy antyrakietowej prawie kompletnie pomija się fakt, że w obecnym stadium ma ona zerową wartość operacyjną i nie wiadomo, czy kiedykolwiek poza to stadium wyjdzie. Sytuację celnie zdefiniował ekspert International Peace Research Institute określając projekt obrony antyrakietowej jako niedziałającą obronę przed nieistniejącym zagrożeniem. Shannon Kile ocenia skuteczność rakiety przechwytującej Ground Base Mid-Course Defense Interceptor jako „niezwykle kiepską”. Testy antyrakiet, z których większość kończyła się porażką, prowadzone były w wyreżyserowanych warunkach: rakietę przechwytującą nacelowywano na rakietę atakującą, której moment odpalenia, trajektoria lotu i cel były z góry znane. Strącenie prawdziwej rakiety balistycznej lecącej z prędkością 25 tys. km/godz. to nieporównanie poważniejsze wyzwanie. Ekspert rozbrojeniowy Merav Datan z Greenpeace, cytując dane naukowe, stwierdza, że technologia broni ofensywnych zawsze rozwija się szybciej niż defensywnych, jak antyrakiety, więc nawet jeśli kiedyś całe ustrojstwo, by zadziałało, to znajdzie się wcześniej skuteczny sposób jego unieszkodliwienia. Dyrektor moskiewskiego Centrum Studiów Politycznych dr Władimir Orłow mówi, że najbardziej prawdopodobną z trzech możliwych reakcji na rozmieszczenie w Polsce rakiet jest zmniejszenie efektywności tarczy. Siły zbrojne już nad tym pracują. Chodzi m.in. o system obrony przeciwlotniczej nowej generacji, który zastąpi istniejący system rakietowy S-400 Triumf. Szef lotnictwa gen. Władimir Michajłow twierdzi, że będzie on znacznie przewyższać zdolności Triumfu mającego zasięg 400 km.
Zagrożenie Polski atakiem rakietowym Iranu zakrawa na kabaretowy wic: jeśli oczywiście nie uzna on, że współpracując blisko z USA zagrażamy jego bezpieczeństwu. Iran istotnie dokonał postępu w technologii rakietowej, głównie dzięki pomocy ze strony Północnej Korei i Chin. 25 lutego przeprowadził udany test rakiety balistycznej IRIS zdolnej do przekroczenia granic atmosfery. Test związany jest z programem umieszczenia na orbicie 5 satelitów do roku 2010. Inna rakieta, Shihab-3, ma zasięg 1500 km. Eksperci sądzą, że o ile teoretycznie może być zdolna do przenoszenia głowic nuklearnych, o tyle jej niecelność i inne mierne parametry czynią ją prawie bezwartościową z militarnego punktu widzenia. Z takim zasięgiem nie doleciałaby do Węgier, nie mówiąc o Polsce czy Europie Zachodniej. W roku 2003 irańskie ministerstwo obrony zapowiedziało, że nie planuje powiększenia zasięgu Shihab-3 i nie będzie pracować nad jej nowymi generacjami zdolnymi osiągnąć Europę Zachodnią.
Autor : Piotr Zawodny
Przedruk z "NIE", nr 19/2007 | |
| » Powrót | |
Komentarze [0]:
Aby dodać komentarz, musisz być zalogowany.


